Obserwuj w Google News

Lekarka urwała głowę dziecku. Użyła "absurdalnej" siły podczas porodu

2 min. czytania
11.08.2023 10:49
Zareaguj Reakcja

Jessica i Treveon cieszyli się, że niedługo zobaczą swoje pierwsze dziecko. Kobieta zgłosiła się do szpitala, gdzie miała urodzić syna, ale w czasie porodu doszło do komplikacji. Dziecko zaklinowało się w drogach rodnych. Lekarka, zamiast przeprowadzić operację, chciała na siłę wyciągnąć chłopca. Dziecko miało zmiażdżoną głowę i szyję. 

NBC News/YouTube
fot. NBC News/YouTube

Dr Tracey St. Julian została pozwana przez Jessicę Ross i Treveona Taylora, których syn zmarł w Southern Regional Hospital podczas skomplikowanego porodu. Para zarzuca lekarce i kilku pielęgniarkom rażące zaniedbanie, a ich prawnicy przekonują, że zbyt duża siła zastosowana podczas porodu doprowadziła do "oderwania" głowy dziecka i jego śmierci - informuje BBC.

"Kości czaszki, twarzy i szyi były zmiażdżone"

Cory Lynch, jeden z prawników reprezentujących parę z Georgii w USA, powiedział, że byli oni "bardzo podekscytowani narodzinami pierwszego dziecka". Niestety, ich marzenia i nadzieje zamieniły się w koszmar. Biuro lekarza sądowego i policja hrabstwa Clayton badają sprawę, o której zostali poinformowani 13 lipca, chociaż śmierć dziecka nastąpiła 9 lipca. Z zeznań wynika, że dr St. Julian próbowała odebrać poród naturalny drogą pochwową przy użyciu różnych metod, w tym "wyciągania główki dziecka". Zdaniem prawników lekarka zastosowała wobec dziecka "absurdalnie nadmierną siłę".

- Pociągnęła za głowę i szyję dziecka tak mocno i manipulowała nimi tak mocno, że kości czaszki, twarzy i szyi dziecka zostały zmiażdżone - wyjaśniają prawnicy. - Stopy wyszły, ciało wyszło, ale nie było głowy – wyjaśniono. Dziecko nie mogło urodzić się drogą pochwową z powodu dystocji barkowej, w której ramiona dziecka utknęły w kanale rodnym. Jednak dr St. Julian, nie przystąpiła do cesarskiego cięcia w odpowiednim czasie, zgodnie z wcześniejszą prośbą pary, napisano w pozwie. Para szczegółowo opisała środki podjęte przez personel szpitala w celu zatuszowania przerażającego incydentu, w tym owinięcie ciała dziecka w koc i podparcie jego głowy, aby wyglądało, jakby nadal była przyczepiona. Twierdzą też, że personel medyczny nie zgłosił incydentu. Para dowiedziała się, co stało się z ich synem, dopiero podczas przygotowań do skremowania ciała cztery dni po jego śmierci.

ZOBACZ:  Położna straszyła zatrutym mlekiem i robiła intymne zdjęcia bez pozwolenia

W oświadczeniu wydanym przez Prime Healthcare Services, który jest właścicielem szpitala, napisano: "Łączymy się w szczerej modlitwie z rodziną i wszystkimi, których dotknęło to tragiczne wydarzenie" i dodano: "Naszym zobowiązaniem jest zapewnienie współczującej, wysokiej jakości opieki każdemu pacjentowi, a ta strata jest bolesna". W oświadczeniu zaznaczono, że dr St. Julian nie była etatowym pracownikiem szpitala. BBC skontaktowało się z gabinetem lekarki, ale kobieta nie zdecydowała się odpowiedzieć na pytania dziennikarzy.