Obserwuj w Google News

W XXI wieku w Polsce ludzie umierają z wiaderkiem po ogórkach

3 min. czytania
02.11.2023 09:03
Zareaguj Reakcja

W 2020 roku zobaczyłam kobietę z sondą w nosie i wiaderkiem po ogórkach kiszonych na szyi, bo koleżanka nie miała worka. Pięć kilometrów od Gdańska. Pomyślałam, że to się nie dzieje naprawdę – mówi Katarzyna Kałduńska, pielęgniarka paliatywna, założycielka i prezeska Domu Hospicyjnego w Pruszczu Gdańskim.

Wiejska chata
fot. PIOTR KAMIONKA/REPORTER/East News

Jest Pani ambasadorką umierających. Jak to się zaczęło?

Hospicjum to nie było moje wielkie marzenie, tylko potrzeba chwili. Na terenie powiatu gdańskiego, gdzie się przeprowadziłam, w zasadzie nie było dostępu do opieki paliatywnej. Funkcjonowało jedno hospicjum, gdzie było 15 miejsc, ale działali w dwóch powiatach. Hospicja z Gdańska umawiały pacjentów w kolejkę i na miejsce trzeba było czekać nawet pół roku. Ludzie dzwonili do mnie, bo słyszeli, że obok nich mieszka pielęgniarka paliatywna, i pytali, czy mogę załatwić hospicjum. Nie mogę, bo po pierwsze nie mam takiej mocy, a po drugie „załatwianie hospicjum” poza kolejnością jest nieetyczne i nie wolno tego robić. Pewnego dnia zadzwoniła koleżanka-pielęgniarka opieki długoterminowej, że jej pacjentka umiera. Pogotowie odmówiło przyjazdu, bo byli poprzedniego dnia i stwierdzili agonię. Lekarz pierwszego kontaktu też odmówił. Powiedziała: przyjedź, ta pani cierpi. Gdy dojechałam na miejsce, pani już nie żyła. W XXI wieku zobaczyłam kobietę z sondą w nosie i wiaderkiem po ogórkach kiszonych na szyi, bo koleżanka nie miała worka. Pięć kilometrów od Gdańska. Pomyślałam, że to się nie dzieje naprawdę.

Katarzyna Kałduńska/Renata Dąbrowska
fot. Katarzyna Kałduńska/Renata Dąbrowska

Postanowiła Pani założyć hospicjum?

Myślałam, że jak wykażę potrzebę społeczną – bo jeździłam do pacjentów ubezpieczonych, a warunkiem przyjęcia pod opiekę było to, że będą w kolejce do innego świadczeniodawcy, żeby pokazać instytucjom, że hospicjum na tym terenie musi być – to wystarczy. Nic bardziej mylnego.

Niełatwo jest pomóc umierającym?

Z 60 osób, które w ramach wolontariatu przyjęłam pod swoją opiekę, tylko trzy doczekały się opieki innego podmiotu. Żebrałam na pensję dla lekarza, na pensję dla psychoonkologa, na sprzęt… To nie jest normalne. Na wsiach sytuacja jest bardzo trudna. W miastach łatwiej pozyskać fundusze, bo ludzie są przyzwyczajeni, jest biznes odpowiedzialny społecznie. Na wsi nie mamy jak tego robić. A musimy docierać do ludzi, choć odległości są przecież dużo większe. Najpierw wypłakałam w NFZ rozpisanie konkursu na hospicjum dla 10 pacjentów. Ostatecznie dostałam kontrakt na czterech, a miałam już wtedy 18 pacjentów w opiece. To była jedna wielka żebranina. Oczywiście się opłaciło, w takim sensie, że dopięłam swego i dostaliśmy kontrakt, ale okupione to było koszmarnym wysiłkiem. Koszmarnym. Czy chirurg stoi pod szpitalem i zbiera datki, żeby zrobić zabieg? W styczniu 2023 r. dostaliśmy kontrakt na 22 pacjentów na teren powiatu gdańskiego. Odetchnęłam. W opiece miałam 30 pacjentów, ale wiadomo było, że nie trzeba już będzie żebrać na wszystkich, tylko trochę dożebrać. W marcu zadzwonił NFZ z informacją, że zamknęło się hospicjum w Nowym Dworze Gdańskim. Zatrudniłam kolejne osoby i wystartowaliśmy w konkursie. Dostaliśmy 13 miejsc na powiat nowodworski. W tej chwili sytuacja jest taka, że mam 35 pacjentów zakontraktowanych, a 56 w opiece. Liczymy na to, że NFZ zapłaci nadwykonanie i oczywiście pewnie tak będzie, ale te pieniądze będą w lutym. Po raz kolejny organizacja pozarządowa wyręczyła państwo w jego podstawowych obowiązkach.

Jak poprawić sytuację umierających w Polsce?

Pojawił się pomysł, żeby zaostrzyć kryteria przyjęcia do hospicjum. Powinniśmy skoncentrować się na stanach terminalnych, bo jeśli przyjmujemy pacjenta, który jest jeszcze w leczeniu przyczynowym, to potrzebujący godnej śmierci czekają w kolejce. Była taka sytuacja, że pacjent był pod opieką hospicjum przez osiem lat. Od tego są poradnie medycyny paliatywnej i poradnie leczenia bólu. Trwa dyskusja, że odleżyny nie powinny być wskazaniem do hospicjum. Pielęgniarki środowiskowe i długoterminowe też mają kompetencje, żeby się takimi pacjentami zajmować. Gdyby zaostrzyć kryteria przyjęcia do hospicjum, można by znieść limity na opiekę paliatywną. Trzeba też podkreślić, że jestem miejscem totalnie niekonkurencyjnym, jeśli chodzi o zarobki. Lekarz w weekend na sorze jest w stanie zarobić naprawdę duże pieniądze. Nie mam jak zaproponować mu odpowiedniej stawki za dyżur pod telefonem. To prowadzi do kolejnej kwestii - konieczności zwiększenia uprawnień pielęgniarek paliatywnych, czyli m.in. możliwości wypisywania karty zgonu. Pielęgniarka paliatywna powinna być podstawowym opiekunem pacjenta umierającego. Mamy wystarczającą wiedzę i umiejętności, a jesteśmy tańsze. Musi to iść w tę stronę, bo lekarzy nam po prostu nie starczy. Na razie opieka paliatywna w Polsce w dużej mierze opiera się na tym, że robią to zapaleńcy.

Źródło: Radio ZET