Strychnina i maraton, czyli jak trenerzy omal nie zabili swojego zawodnika

23.10.2019
Aktualizacja: 23.10.2019 13:24
Thomas Hicks podczas maratonu w 1904 r. zatruty strychniną
fot. AKG Images/ EastNews

Na początku XX wieku panowało przekonanie, że strychnina w odpowiednich ilościach dodaje energii i działa podobnie jak kofeina. Trenerzy maratończyka Thomasa Hicksa uznali, że jest to idealny środek dopingujący i podali go swojemu zawodnikowi. Omal go nie uśmiercili. Poznaj kulisy tego wydarzenia.

Pewnego  gorącego i parnego dnia 1904 roku przedziwna grupa biegaczy ustawiła się rzędem wzdłuż linii startowej maratonu olimpijskiego w Missouri (USA). Wśród zawodników znajdowali się m.in.: pogrążony w długach kubański naczelnik poczty, który na imprezę dotarł autostopem, dwaj członkowie afrykańskiego plemienia, przebywający w St. Louis w ramach wystawy poświęconej wojnom burskim, a także amerykański długodystansowiec Thomas Hicks.

Zarówno start, jak i meta wyścigu znajdowały się na stadionie w St. Louis, jednak poza tym trasa maratonu w całości biegła prowincjonalnymi drogami stanu Missouri. Temperatura powietrza przekraczała 30 st. C. Z powodu utrudnień wynikających z pagórkowatości terenu oraz kiepskiej jakości dróg, a także kłębów kurzu wzbijanych przez przejeżdżające automobile, bieg z 1904 roku zapewne zasługuje na miano najcięższego maratonu w historii nowożytnych zmagań sportowych.

A co z punktami regeneracyjnymi przy trasie? Gdzieś w okolicach 18. kilometra była studnia. Kamienna studnia taka z wiaderkiem do czerpania wody.

Kiedy więc Thomas Hicks, nadzieja amerykańskich kibiców, na 23. kilometrze przechodził poważny kryzys, trenerzy biegacza postanowili odrobinę mu pomóc. Stosowanie środków dopingujących przez atletów – w tamtych czasach jeszcze zupełnie legalne – było na porządku dziennym. Trenerzy Hicksa przyrządzili dla niego odpowiednik napoju energetycznego na miarę roku 1904: wymieszali jednomilimetrową porcję strychniny z białkami jaj, które miały przytłumić wyjątkową gorycz substancji. Maratończyk wypił miksturę i pobiegł dalej.

Mimo że prowadzący w wyścigu Hicks utrzymywał pokaźną półtorakilometrową przewagę nad następnym zawodnikiem, po pokonaniu każdego kolejnego wzniesienia coraz bardziej zwalniał. Wyczerpanie sportowca potęgowało wzrastające odwodnienie. Trenerzy nie pozwolili mu w czasie wyścigu pić wody, za to wspaniałomyślnie przemywali wargi swojego podopiecznego „ciepłą destylowaną wodą”. Było jasne, że kolejna, naszykowana już dla zawodnika dawka strychniny również nie może zostać zmieszana z wodą. Co wymyślili trenerzy? Koktajl ze strychniny i brandy.

Hicks, dając świadectwo niewiarygodnej wprost wytrzymałości, kontynuował bieg. Jak relacjonował sędzia maratonu, Amerykanin ostatnie trzy kilometry „przebiegł mechanicznie, poruszając się jak dobrze naoliwiony automat. Patrzył tępo oczyma pozbawionymi blasku; pogłębiła się naturalna bladość cery; opuszczone ramiona zwisały wzdłuż boków jak ciężary; Hicks ledwie podnosił nogi, a kolana miał prawie sztywne”.

Jakże mogłoby być inaczej, skoro biegacz był prawie martwy. Docierając do mety, Hicks znajdował się na granicy śmiertelnego zatrucia strychniną. Trucizna w połączeniu ze skwarem sierpniowego dnia, wyniszczającym odwodnieniem i wyczerpującym wysiłkiem, jaki wiąże się z przebiegnięciem maratonu na olimpijskim poziomie, sprawiła, że biegacz dosłownie umierał. Trudno w to uwierzyć, ale trenerzy Hicksa rozważali podanie mu trzeciej dawki strychniny; taka strategia niemal na pewno by go zabiła. Na ostatniej prostej sportowiec potrzebował rozumianego dosłownie wsparcia ze strony swoich trenerów, którzy musieli go podtrzymywać, żeby utrzymał się w pionie. Zachowana fotografia uwieczniająca ten moment ukazuje pełen napięcia i wysiłku wyraz twarzy Hicksa. Mina biegacza jest zapewne wynikiem zatrucia strychniną, która powoduje długo utrzymujące się skurcze mięśni twarzy. Kuśtykający, wpół przytomny i lżejszy o ponad trzy kilogramy niż na starcie wyścigu Hicks został ogłoszony zwycięzcą maratonu 1904 roku.

Choć dziś ich rozumowanie nazwalibyśmy niedorzecznym, trenerzy Hicksa byli święcie przekonani – podobnie jak większość środowisk medycznych na początku XX wieku – że strychnina dodaje energii. Nie do końca się mylili. Podawana w małych dawkach działa na system nerwowy podobnie jak kofeina, dostarczając organizmowi krótkotrwałego „kopa”. Jednak od kofeiny różni się tym, że nie trzeba jej wiele, by zabić człowieka. Dokładnie 5 gramów. 

Duże dawki strychniny upośledzają skuteczność glicyny – aminokwasu, który wysyła do mięśni sygnały z ośrodkowego układu nerwowego, powodując ostre, bolesne skurcze mięśni. Jeśli zatruta strychniną osoba w porę nie otrzyma odpowiedniej pomocy medycznej, częstość i siła skurczów wzrosną, doprowadzając ofiarę do zgonu przez uduszenie lub z powodu wyczerpania potwornymi konwulsjami.

(Od redakcji: Strychnina jest jako środek dopingujący zakazana. Thomas Hicks po zdobyciu mistrzostwa olimpijskiego wycofał się ze sportu i może dzięki temu przeżył 76 lat; zmarł dopiero w 1952 r.)

Czy wiesz, że...

Strychnina całkiem niewinna roślina

Strychnina występuje naturalnie w nasionach kulczyby wronie oko (Strychnos nux-vomica), drzewa liściastego rosnącego z Indiach i Azji Południowo-Wschodniej. Średniej wielkości drzewa dorastają do wysokości 12 metrów i wyglądają zupełnie niewinnie - jak przerośnięte brzoskwinie. Kwiaty kulczyby, które wydzielają wyjątkowo nieprzyjemny zapach, zastępowane są okrągłymi owocami, z których każdy zawiera pięć ziaren otulonych białą pulpą.Wszystkie części kulczyby są trujące. Nawet pasożytnicze rośliny, które wczepiają się w strychninowe drzewo, absorbują znaczne ilości trucizny. W 1840 roku pewien angielski żeglarz wracał do zdrowia po przebytej rzeżączce w szpitalu w Kalkucie. Znudzony i zdemoralizowany Anglik dla zabicia czasu, którego miał w nadmiarze , zaczął bić członków personelu pomocniczego placówki. "Ulubiony pacjent" wszystkich pracowników szpitala wkrótce otrzymał na swe dolegliwości zupełnie nowe lekarstwo; sproszkowane liście rośliny o nazwie kuchila molung - pasożyta żerującego na kulczybie. Po czterech godzinach od przyjęcia leku żeglarz już nie żył. Personel szpitala zatroszczył się o to, aby w dokumentacji wypadek figurował jako "niefortunna pomyłka".

Źródło: Fragment pochodzi z książki "Szarlatani. Najgorsze pomysły w dziejach medycyny" autorstwa Lydii Kang, Nate'a Pedersen. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2019.