Zamknij

Jakich słów używają pacjenci u seksuologa? Zdradza prof. Lew-Starowicz

27.10.2021
Aktualizacja: 27.10.2021 10:13
W gabinecie u seksuologa
fot. Shutterstock

Co zrobić, by nie trafić do gabinetu seksuologa? Jakie pary nigdy nie skorzystają z pomocy specjalisty? Jakim językiem posługują osoby szukające pomocy w gabinetach seksuologa? Na te pytania odpowiada guru polskiej seksuologii, prof. Zbigniew Lew-Starowicz, w rozmowie z Beatą Tadlą w programie "ZET jak związki".

Beata Tadla: Co by Pan doradził parze, która dopiero zaczyna związek?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Jak powstaje związek, jesteśmy już razem, podobamy się sobie, to najczęściej chcemy się pokazać z jak najlepszej strony. Mówimy, jakie rzeczy lubimy, jakich nie lubimy. Potem dochodzi do intymności, takiej narastającej i właśnie wtedy – na tej fali entuzjazmu, fascynacji, ekscytacji, zasilanej wrażliwością uczuciową – warto porozmawiać o swoich upodobaniach seksualnych. Można zacząć od: "Gdybyśmy kochana spędzali wieczory przy świecach i kochali się na różne sposoby. Czy masz jakieś marzenie w tym zakresie?". I ona odpowiada: Mam, to byłoby tak, a może tak. To moment, gdy można pofantazjować, wymienić informację, co lubię, a jakie są moje granice. Taki dialog, podjęty na takim etapie, może trwać cały związek.

Jeśli jednak nie podejmiemy takiej rozmowy i po 5-7 latach zaczynają się jakieś problemy w związku, to będzie znacznie trudniej o tym rozmawiać. Nie będą wiedzieli, od czego zacząć. Zacznie się od wymówek typu, bo jestem przepracowany/ przepracowana, boli mnie głowa, mam stres w pracy etc. Po kilku miesiącach ktoś nie wytrzymuje, zaczyna się robić nerwowa atmosfera i wtedy wizyta u seksuologa staje się konieczna.

Czy zdarza się, że partnerzy chodzą do seksuologa w tajemnicy przed sobą?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Pewnie! Wyobraźmy sobie ambicjonalnie traktującego życie mężczyznę. Sukcesy zawodowe, sukcesy finansowe, fajna partnerka. Chciałby mieć też jeszcze fajny seks. A tu mu się noga raz powinęła, drugi, trzeci... Przecież on w takiej sytuacji nie powie: "Źle ze mną, więc chodź ze mną do lekarza, seksuologa". On właśnie wtedy zaczyna mówić o tych stresach w pracy, zmęczeniu i idzie w tajemnicy do lekarza, leczy się po cichu, zaczyna coś sobie łykać no i wraca mu forma. Partnerka nic o tym nie wie, chyba że mu przeszukuje kieszenie marynarki, ale to się rzadko zdarza (śmiech).

A jakie pary nigdy nie trafią do seksuologa?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Tacy, wśród których jedno lub dwoje uważa, że problem powinni rozwiązać sami. Nikt obcy nie będzie powiernikiem ich tajemnic, nikt obcy nie będzie im pomagał, sami sobie pomogą.

Druga grupa to osoby, które mówią, że miłość jest najważniejsza, a seks nie jest najważniejszy. Bez seksu można żyć. Oczywiście można, ale czy warto? Przechodzimy na seksualną emeryturę i koniec?

Są też takie pary, które z różnych przyczyn wymigują się od tego seksu. Albo mają coś na boku, albo ta druga osoba nie jest już taka pociągająca i ktoś woli oglądać filmy pornograficzne na komputerze. Tacy też nie pójdą.

Niektórzy też uważają, że problem jest czysto psychiczny i trzeba tylko iść do psychologa i to takiego, który przez kilka lat będzie omawiał okres dzieciństwa każdego z partnerów i mniej więcej po 5 latach dojdą wspólnie do tego, co się u nich teraz dzieje, na tym etapie związku. To właśnie tego typu pary nie trafiają.

Jak długo ludzie dojrzewają do decyzji, by pójść do seksuologa, i co ich może powstrzymywać?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Zrobiliśmy nawet badania. Gdy pojawiła się słynna niebieska tabletka, sprawdziliśmy, jak długo mężczyzna czeka z wizytą u seksuologa. Okazało się, że 3,5 roku, od momentu pojawienia się problemu. W przypadku kobiet ten czas był krótszy, bo kobiety często rozmawiają z ginekologami i albo on rozwiązuje ich problem, albo sugeruje wizytę u seksuologa.

Teraz się to jednak zmieniło. Ten czas oczekiwania u mężczyzn jest krótszy – do roku. W tym czasie, albo korzystają z porad znalezionych w internecie, albo stosują leki bez recepty. Co ciekawe, panowie po pięćdziesiątce są ostrożniejsi w eksperymentowaniu z lekami, zwłaszcza tymi bez recepty, i oni częściej i szybciej przychodzą do seksuologa.

Do naszych gabinetów częściej też trafiają mężczyźni, którzy mają problemy relacyjne. Miałem takiego pacjenta, który z każdą partnerką był tylko raz. To się nazywa donżuanizm. To taki typ mężczyzny, którego celem życiowym, swego rodzaju powołaniem, jest zdobywanie kobiety. Gdy już ją zdobędzie, to ona przestaje być dla niego atrakcyjna. Więc jest następna, i następna. On je zdobywa. Kobieta dla takiego typu mężczyzny jest zwierzyną łowną. Wiem, to straszne porównanie, ale niestety prawdziwe. Zdobywa tę kobietę i ona przestaje go interesować. I ten mój pacjent w pewnym momencie powiedział sobie: "Dość, ja chcę być w stałym związku". I zostaje, ale w tym związku już po miesiącu zaczyna być fatalnie. Na szczęście daje się to leczyć. Potrzebna jest psychoterapia.

Czy prędzej otwiera się pacjent młody, czy w starszym wieku?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: To nie bardzo koreluje z wiekiem, tylko z taką pewną postawą otwartości na seks wykształconą w środowisku rodzinnym. Są jeszcze nieliczni szczęściarze, którzy mieli coś takiego w szkole. Była grupa dyskusyjna, nauczyciel z otwartą głową, były dyskusje i już taki nawyk dyskusji, rozmowy jest. Przez kilkadziesiąt lat miałem zajęcia z młodzieżą w szkołach i wiem, jak oni potrafią dyskutować.

Jeśli ktoś pochodzi ze środowiska rodzinnego, które jest purytańskie, fundamentalistyczne, gdzie seks jest tematem tabu, to trzeba najpierw przełamać te bariery, by w ogóle dotrzeć do sedna sprawy.

Czy musi Pan często wyciągać od swojego pacjenta informacje, bo on boi się wymówić nawet nazwę miejsc intymnych?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Tak. Początek jest charakterystyczny: "Panie doktorze, źle ze mną. Moja jest ze mnie niezadowolona. Pan się domyśla, o co chodzi". I siedzi, i czeka. Zaczynam więc zadawać pytania pomocnicze. Albo inaczej: "Panie doktorze, ja już chyba się starzeje". Pytam więc, jaki jest tego objaw i słyszę: "No wie pan, o co chodzi". Tak się najczęściej zaczyna.

A jak najczęściej pacjenci nazywają akt seksualny?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: Najczęściej pacjenci mówią "kochamy się". Czasami mówią "te rzeczy", albo "TO mi w łóżku nie wychodzi". Wulgaryzmów nie używają. Czasami mówią "bzykanie", "szybki numerek", a ale rzadko.

Na szczęście z języka polskiego wyparował termin, którego używali jeszcze seksuolodzy w przeszłości: spółkowanie. Nie znosiłem tego terminu całą swoją istotą. Teraz już go na szczęście nie ma.

Najbardziej lubię pary, które mają swój język intymny, czułe sformułowania. Stworzyli własną terminologię. Mówią: "Panie doktorze nam popieszczoszki nie wychodzą". Wie Pani, jak ci "romantycy" mówią na pozycję odwrotną? "Na kotka" albo "ona na mnie". Takie pary zwykle trzymają się za ręce podczas wizyty. Są uśmiechnięci, otwarci. To widać od razu.

Czy jest coś, co Pana w gabinecie jeszcze potrafi zadziwić?

Prof. Zbigniew Lew-Starowicz: W gabinecie raczej nic mnie nie zaskoczy. To są setki fobii, setki rozmaitych dewiacji, rozmaite kombinacje męsko-kobiece. Naprawdę nie czuję się już niczym zaskoczony. Dziwią mnie inne rzeczy, na przykład zaskakujące działanie jakiegoś leku, które nie zostało opisane w piśmiennictwie, albo wyniki badań naukowych, na które powołują się w mediach ("Jak wynika z badań naukowych"). Diabli wiedzą, kto je przeprowadzał i gdzie.

Pacjenci często myślą, że ich problem jest wyjątkowy, egzotyczny, bardzo rzadki. Siedzą ze zwieszoną głową i milczą, bo boją się, że będę się śmiał. Wtedy mu mówię: "Proszę Pana, gdyby teraz otworzyły się drzwi. Wszedł biały nosorożec i ludzkim głosem zaproponowałby mi kawę, to nawet nie mrugnę okiem". Wtedy pacjent zaczyna się śmiać i otwiera się przede mną.

Jeśli chcesz wysłuchać całej rozmowy prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza z Beatą Tadla, obejrzyj film na YouTubie.