Miłość to choroba? Nikt jej nie leczy, ale zaburza naszą psychikę

Monika Piorun
14.02.2018 15:51
Miłość to choroba? Nikt jej nie leczy, ale zaburza naszą psychikę
fot. East News

F 63.9 — pod takim numerem Światowa Organizacja Zdrowia klasyfikuje miłość na liście chorób związanych z zaburzeniami psychicznymi. Choć nie ma na nią lekarstwa, wielu chciałoby na nią „zachorować” przynajmniej raz w życiu. Zakochanie mija po mniej więcej dwóch latach, prawdziwa miłość może być wieczna, dlatego nie da się z niej wyleczyć...

Święty Walenty, którego tradycyjnie wiąże się z zakochanymi, patronuje także osobom cierpiącym na epilepsję. Według źródeł historycznych modlono się do niego o uzdrowienie w przypadku napadów padaczkowych. Co ma wspólnego padaczka z miłością?

Pewnie niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że obie przypadłości są zaburzeniami (epilepsja — neurologicznym, a zakochanie się — psychicznym). Mimo że mają różne podłoża, to obie uznawane są już za choroby.

Zobacz także

Epilepsja to od dawna znana choroba neurologiczna, natomiast miłość wedle najnowszych wytycznych WHO może być uważana za zaburzenie psychiczne. Nie da się go wyleczyć standardowymi metodami. Firmy farmaceutyczne (na szczęście) jeszcze nie wypuściły na rynek żadnego panaceum dla nieszczęśliwie zakochanych, którzy chętnie przestaliby się źle czuć z powodu miłosnego zawodu.

Skąd się biorą w nas emocje, które sprawiają, że druga osoba staje się dla nas atrakcyjna? Dlaczego miłość można uznać za... chorobę psychiczną? 

„Piorun” miłości, czyli 4 sekundy z C8-H11-N

Reakcje, jakie zachodzą w naszym mózgu pod wpływem zakochania się, można zapisać w formie wielu chemicznych wzorów. W ciągu zaledwie 4 sekund impulsy elektryczne są w stanie doprowadzić do powstania substancji odpowiedzialnej za niemal narkotyczne uniesienie, jakie czujemy pod wpływem kogoś, kto się nam podoba.

Za szybsze bicie serca (może przyspieszyć aż o 50 proc.), problemy z oddychaniem, charakterystyczne „motylki w brzuchu” i typowy „błysk” w oku (częstszy u kobiet niż u mężczyzn) opowiada fenyloetyloamina (C8-H11-N) produkowana w części międzymózgowia zwanej hipotalamusem. 

Niemiecki naukowiec Gerhard Crombach udowodnił, że to właśnie ta substancja (której działanie jest zbliżone do... amfetaminy) ma największy wpływ na to, co się z nami dzieje, kiedy spotykamy „księcia z bajki”, „tę jedyną” lub inną księżniczkę. Wcale nie chodzi o słynny „piorun sycylijski”, czyli nagły wybuch namiętności do drugiej osoby i niespodziewaną fascynację erotyczną o ogromnej sile, choć pod względem chemicznym można tu znaleźć pewne podobieństwa. „Zwykłe” zakochanie się zwykle ma nieco mniejszą siłę rażenia i najczęściej nie ma tak silnego podtekstu seksualnego. Działa jednak jak narkotyk i to dlatego tak łatwo sprawia, że wpadamy w stan bliski objawom zaburzeń psychicznych.

Zobacz także

Co się dzieje z Twoim ciałem, kiedy jesteś zakochany? Zobacz miłość zobrazowaną metodą rezonansu magnetycznego!

* (Chcesz oglądać filmik z polskimi napisami? Pamiętaj, żeby ustawić opcję tłumaczenia w ustawieniach!)

Zobacz także

Mózg w miłosnym amoku

Na miłosnym „haju” wydaje się nam, że możemy dosłownie przenosić góry. Idealizujemy obiekt naszych westchnień i jesteśmy w stanie wybaczyć mu (lub jej) więcej, niż kiedy byśmy myśleli „trzeźwo”. Możemy doświadczyć także objawów somatycznych: zaczynamy się nadmiernie pocić, drżą nam ręce, nie możemy zasnąć, ponieważ stale myślimy o kimś, na kim nam zależy.

Zdarza się, że niektórzy potrafią być aktywni przez całą dobę i niewiele czynności jest w stanie ich zmęczyć. Jeśli tylko w perspektywie pojawia się spotkanie z ukochanym lub ukochaną, stają się pobudzeni. Zakochanymi sterują hormony, dlatego tak łatwo są w stanie popadać we wszelkie skrajności — od nadmiernej euforii po depresję, kiedy partner nie dzwoni, nie wysyła wiadomości lub zbyt długo nie ma go w ich pobliżu.

Zobacz także

Ostry zespół zakochania

Większość ludzi jest w stanie poradzić sobie ze swoimi uczuciami do drugiej osoby. Są jednak tacy, którzy pod wpływem miłosnego uniesienia wpadają w taki stan, że niezbędna jest im specjalistyczna pomoc. Określa się go mianem ostrego zespołu zakochania. Dotyczy on głównie tych, którzy są tak pobudzeni z powodu emocji odczuwanych pod wpływem obiektu westchnień, że nie mogą dalej normalnie funkcjonować. Zwykle jest to tylko krótkotrwała reakcja i przechodzi samoistnie, kiedy uda się przejść na dalszy etap związku. Niestety nie zawsze jest to możliwe.

Równie silne wzburzenie i ekstremalne przeżycia może wywoływać też zawód miłosny. Nawet pozornie spokojne na co dzień osoby mogą w stosunkowo krótkim czasie załamać się i doświadczyć stanów depresyjnych. Nie mogą normalnie pracować, uczyć się czy funkcjonować w zwykłej rzeczywistości. Czasem mogą mieć zaburzenia świadomości. Jeśli istnieje w ich przypadku ryzyko popełnienia samobójstwa, wymagają opieki psychoterapeuty lub nawet leczenia farmakologicznego. Ważne, by nie zabrakło im wsparcia ze strony bliskich.

Nawet zwykła rozmowa może dać szansę na to, by szybciej powrócić do stanu równowagi. W szpitalach psychiatrycznych nie brakuje pacjentów z zaburzeniami psychicznymi typu depresyjnego, których przyczyną bywa nieszczęśliwa miłość.

Zobacz także

Happy end zależy od... dawki 

Paradoks polega na tym, że uczucie, które potrafi uskrzydlać, dodawać pewności siebie i rozwijać nas wewnętrznie, może stać się także naszym przekleństwem i źródłem wielu nieszczęść. Nie od dziś wiadomo, że każdy lek jest trucizną, a każda trucizna lekiem. Wszystko zależy od dawki... Nawet w przypadku miłości (która początkowo działa jak narkotyk) równowaga jest niezbędna do tego, by żyć długo i szczęśliwie — tak jak w każdej bajce.

Zobacz także

_______

zdrowie.radiozet.pl/π