Syndrom sztokholmski: toksyczna więź ofiary ze sprawcą

21.01.2019
Aktualizacja: 21.01.2019 12:37
Syndrom sztokholmski: toksyczna więź ofiary ze sprawcą

Syndrom sztokholmski może dotknąć każdego. Nie tylko zakładników uwięzionych podczas napadu na bank, ale także na przykład „sterroryzowanego” członka rodziny. 

W 1973 roku do sztokholmskiego banku Sveriges Kreditbank wtargnęło dwóch mężczyzn z bronią. Gdy po sześciu dniach policjanci przeprowadzili szturm, zakładnicy bronili porywaczy, żegnając się z nimi niemal wylewnie. Psychiatrzy przyrównali ich zachowanie do zespołu stresu pourazowego, wyjaśniając, że zakładnicy odczuwali dług wdzięczności za darowanie im życia. Tak narodziło się pojęcie „syndrom sztokholmski”.

Objawy syndromu sztokholmskiego

Sytuacja zawsze wygląda podobnie. Ofiara nie widzi możliwości ucieczki. Agresor znęca się fizycznie lub psychicznie, utwierdzając ofiarę w przekonaniu, że jej przeżycie zależy od niego. Ofiara uczy się zachowywać zgodnie z oczekiwaniami, tak aby nie wywołać agresji, za co dostaje nagrodę: drobne uprzejmości, takie jak miłe słowa czy dodatkowa porcja jedzenia. Ludzie z zewnątrz zaczynają być postrzegani jako agresorzy, chcący skrzywdzić jej jedynego opiekuna.

Objawy syndromu sztokholmskiego:

  • pozytywne uczucia wobec sprawcy;
  • racjonalizowanie motywów i zachowań sprawcy;
  • pomoc sprawcy;
  • negatywne uczucia wobec ratowników;
  • niezdolność ofiary do zaangażowania się w zachowania, które mogłyby doprowadzić do jej uwolnienia.

W przypadku więźniów politycznych zdarza się trwałe przechodzenie na stronę porywaczy.

Ten człowiek był częścią mojego życia i dlatego w pewnym sensie go opłakuję.

Natascha Kampusch

Wdzięczność w stosunku do porywacza

Historia zna pełno przypadków emocjonalnego uzależnienia się ofiary od sprawcy. Niedługo po napadzie na Sveriges Kreditbank przedstawiciele Symbionicznej Armii Wyzwolenia, amerykańskiej organizacji terrorystycznej, porwali dziedziczkę fortuny magnata prasowego Patricię Hearst. Dziesięć tygodni później zakładniczka pomogła im obrabować bank.

Syndrom sztokholmski dotknął także pasażerów samolotu TWA 847, lecącego w 1985 roku z Aten do Rzymu. Maszyna została porwana przez przedstawicieli Hezbollahu. Po przymusowym lądowaniu w Bejrucie większość pasażerów została uwolniona, ale pięciu z nich stało się zakładnikami na ponad dwa tygodnie. Ostatecznie nic im się nie stało, a po uwolnieniu niektórzy z nich otwarcie wyrażali swoją sympatię w stosunku do porywaczy.

W 2006 roku opinią publiczną wstrząsnęły słowa Nataschy Kampusch, Austriaczki uprowadzonej przez Wolfganga Priklopila, więzionej w piwnicy przez osiem lat. Gdy udało jej się uciec, oprawca rzucił się pod pociąg. „Ten człowiek był częścią mojego życia i dlatego w pewnym sensie go opłakuję” – powiedziała dziewczyna dziennikarzom.

Syndrom sztokholmski w przemocy domowej

Jedną z najbardziej przekonujących teorii wyjaśniającą mechanizm powstawania syndromu sztokholmskiego jest teoria dysonansu poznawczego. Mózg lubi mieć rację. Jeśli oceni coś pozytywnie, dopasowuje rzeczywistość do oczekiwań, przymykając oko na mankamenty. Jeśli rozpozna coś jako negatywne, ignoruje jasne punkty. Gdy kontrast jest silny, pojawia się napięcie emocjonalne.

Porywacz, napastnik, agresor definiowany jest jako czarny charakter. Gdy okazuje się, że potrafi być miły, obraz przestaje być spójny. Żeby zniwelować dysonans, ofiara zaczyna postrzegać sprawcę nie jako bandytę, ale jako aktywistę, walczącego w jakiejś sprawie.

Coraz częściej termin „syndrom sztokholmski” pojawia się także w kontekście ofiar przemocy domowej. Toksyczny członek rodziny izoluje ofiarę, wymuszając na niej całkowite podporządkowanie. Ofiara woli odciąć się od świata, żeby uniknąć jego złości. Warto podkreślić, że sytuacja nie musi stereotypowo dotyczyć chorobliwie zazdrosnych o siebie partnerów, ale także na przykład niesamodzielnych lub starszych członków rodziny.

Źródło: Syndrom sztokholmski w relacjach międzyludzkich,
A. Błoch-Gnych, Niebieska Linia 4/2010; britannica.com