Zamknij
Feminatywy
Podczas Manify w Trójmieście w 2021 r.
fot: Piotr Hukalo/East News
FEMINATYWY SĄ WŚRÓD NAS

Gender nie niszczy nam języka, a pediatrżki, pilotki i gościnie istnieją

Aleksandra Sobieraj
Aleksandra Sobieraj Redaktor Radia Zet
21.10.2021 13:26
21.10.2021 13:26

Już słyszę ten śmiech. Albo pogardliwe fukanie. Widzę, jak zapalają się w niektórych oczach złośliwe ogniki: „Pilotka to przecież czapka, a polityczka to mała polityka!”. Feminatywy, czyli żeńskie nazwy osobowe, głównie zawodów i stanowisk, drażnią – oj, jak bardzo! 

Debata o feminatywach toczy się od lat, a jej temperatura, o dziwo, nie spada. Coraz częściej czytamy i słyszymy jednak o posłankach, wydawczyniach, gościniach czy immunolożkach. Fakt, że zwraca to naszą uwagę, to znak, że zmiany nie są jeszcze utrwalone, wciąż są świeże. Jednych cieszą, innych irytują.

Lepiej być ministrą niż premierą?

Oczywiście, nie ma obowiązku używania feminatywów. Ale nie da się zaprzeczyć, że w tej sprawie coś się dzieje w naszym języku. Nawet językoznawcy stwierdzają „zwiększoną skłonność do tworzenia i stosowania osobowych form żeńskich w języku polskim, mimo że tendencja ta nierzadko traktowana jest jako przejaw nowomowy feministycznej”. To na tyle silne zjawisko, że Rada Języka Polskiego tylko w ciągu kilku ostatnich lat wydała dwie sprzeczne opinie w sprawie żeńskich nazw osobowych: jedna pochodzi z marca 2012 roku, druga z listopada 2019 roku.

Wydanie drugiej opinii rada motywowała właśnie gruntownymi zmianami, które zaszły w języku polskim. Upraszczając: opinia z 2012 r. uznawała za bezzasadne dążenie do tworzenia feminatywów z uwagi na ryzyko dwuznaczności, śmieszności i negatywnych reakcji użytkowników języka. Natomiast w opinii z 2019 r. napisano, że „większość argumentów przeciw tworzeniu nazw żeńskich jest pozbawiona podstaw”. Nie ujmując naukowości argumentom, ciekawe jest to, że w 2019 r. nastąpiła też genderowa zmiana na stanowisku przewodniczącego/przewodniczącej rady: prof. Katarzyna Kłosińska przejęła tę funkcję od prof. Andrzeja Markowskiego. 

To ciekawe, że jeszcze całkiem niedawno uwielbiany przez Polaków językoznawca prof. Jerzy Bralczyk wciąż radził, by nazwy kobiet na stanowiskach tworzyć raczej za pomocą poprzedzającego „pani” niż przyrostka -a, -ka. Zapytany, czy z powodu tego, że stanowisko premiera objęła kobieta (premierką została wtedy Ewa Kopacz) mamy problem językowy, żartował, przypominając upominanie się Joanny Muchy o nazywanie jej ministrą, że być ministrą jest łatwiej niż być premierą, bo słowo ministra w łacinie istnieje już jako nazwa stanowiska kobiety (choć oznacza służącą).

Sufrażystki skute łańcuchami w symbolicznym akcie przerwania okowów na placu Bastylii w Paryżu, 1935 r.
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Natomiast premiera w języku polskim ma zupełnie inne znaczenie niż szefowa rządu, więc niewątpliwie będzie rodziło żarty i nieporozumienia. Wyjaśniał, że raczej by się skłaniał do nazywania Ewy Kopacz „panią premier” lub „premier”, a nie „premierą”. I wyraził przekonanie, że z rozsądnych wypowiedzi pani Kopacz wynika, że nie będzie ona walczyć o to, by być „premierą”. Strasznie delikatny temat...

Karać za niszczenie języka?

Jak zwykle jednak najgorętsze dyskusje toczą się w mediach społecznościowych. Jaki jest sposób na szybkie pobudzenie ruchu na profilu? Wrzucenie posta typu: „Żeńska forma od marynarz, kierowca tira, wiking, szewc, bednarz, murarz to…”. I wtedy się dzieje! Śmiechom i żartom nie ma końca. I złości też. Oto kilka komentarzy z profilu Słownik polsko@polski na Facebooku: „Jak murarz to może betoniarka?”, „Dziekan w rodzaju żeńskim to dziekanka? Brzmi idiotycznie, ale co tam, nich panie mają satysfakcję”, „Nie używam i wkurzają mnie osoby używające tych feminizmów. To są nazwy ZAWODÓW przecież!”.

Na szczęście pod tym samym postem pojawiają się i bardziej wyważone opinie, np. taka: „Skomplikowana sprawa z tymi feminatywami. Niektóre brzmią śmiesznie. Również nie wszystkie panie są zwolennikami (sic! – przyp. red.) feminatywów. Pani psycholog może więc nie być zadowolona z nazwania ją psycholożką, a psycholożka z nazwania ją panią psycholog. I bądź tu mądry”. Te komentarze to piękny przekrój opinii – jedni nie akceptują feminatywów, inni się wahają. Mało kto jest obojętny.

„Kwestia osłuchania. Dacie państwo radę”

A co o sprawie sądzi psycholożka? Dlaczego pilotki, architektki, gościnie i pediatrżki wzbudzają u ludzi tyle emocji: od złości po wyśmiewanie czy rozbawienie? – Przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni – wyjaśnia dr Beata Rajba, psycholożka z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu.

Pani psycholog może więc nie być zadowolona z nazwania ją psycholożką, a psycholożka z nazwania ją panią psycholog. I bądź tu mądry

– Brzmią jak zgrzyt, obco i bywa, że nieprzyjemnie. Niestety, winny temu jest komunizm, który narzucił formy męskie, mające w zamierzeniu zrównać kobiety pracujące z mężczyznami wykonującymi te same zawody. Jeszcze w XIX czy na początku XX wieku kobieta kończąca medycynę, czy uzyskująca doktorat mogła wprawdzie dziwić, jednak feminatywy funkcjonowały w języku i były czymś normalnym. Prasa rozpisywała się nad złoczyńczyniami. Słownik języka polskiego Lindego z 1807 r. zawierał hasło „filozofka”, a pierwsza psycholożka zaczęła przyjmować pacjentów w 1920 r. – tłumaczy psycholożka, która ma też wykształcenie filologiczne. 

Zbiór feminatywów z dwóch przedwojennych książek pod redakcją Aleksandry Piłsudskiej
fot. Małgorzata Koniorczyk/Wikimedia Commons/CC BY-SA 4.0

Ciekawe jest to, że feminatywy istniały w polszczyźnie już w XVI wieku, a pewnie i wcześniej. To bezdyskusyjne i są na to dowody w źródłach pisanych. „Słownik polszczyzny XVI wieku” opracowywany w Instytucie Badań Literackich PAN jest na to dowodem. Są tam takie hasła jak: „mistrzyni” czy „księżna”, a także „łotryni” czy „morderka”. Czyżby więc feminatywy niszczyły nam język od wieków?

Brzmią jak zgrzyt, obco i bywa, że nieprzyjemnie. Niestety, winny temu jest komunizm, który narzucił formy męskie

– Trudno mi jako psycholożce nie rozpatrywać takiej postawy w kontekście głęboko ukrytych lęków, poczucia zagrożenia przez płeć przeciwną, dokonującą inwazji na obszary, w których długo wolno się było wykazać jedynie mężczyźnie – wyjaśnia dr Rajba. – Zapewne panowie, których denerwują feminatywy, żyją wciąż w pewien sposób marzeniem o tych czasach rycerzy i niewiast (od „nie wiedzieć”, przeciwieństwo wiedźmy, z zasady podejrzanej).

Obrona języka jest tu jedynie pretekstem do obrony światopoglądu, w którym role społeczne są narzucone z góry, niezmienne i komplementarne, nie przenikają się. A że jednocześnie faktem jest, iż feminatywy stanowią przywrócenie stanu sprzed komunistycznej „amputacji” żeńskich końcówek? Tym gorzej dla faktów.

To manifestacja, ale róbcie swoje!

Ciekawe, że na żeńskie nazwy osobowe złoszczą się i kobiety, i mężczyźni. Nie tędy więc przebiega podział. Prawda jest taka, że feminatywy nie są neutralne politycznie i światopoglądowo – stały się manifestacją określonych poglądów. I to stąd tak duży sprzeciw w pewnych środowiskach. 

– Używanie feminatywów wiąże się dziś z manifestacją określonego światopoglądu równościowego, kładącego nacisk na tolerancję dla mniejszości, często lewicowego, a to nie w smak osobom o bardziej tradycyjnej wizji ról płciowych. Dla nich jest to nie tylko zamach na język, ale przede wszystkim próba zawłaszczenia ról społecznych i pól aktywności niegdyś zarezerwowanych dla mężczyzn. Niczego tu nie ratuje fakt, że kobiety od dwóch pokoleń co najmniej wykonują również te zawody. Wręcz przeciwnie, silna reakcja na żeńskie formy nazw zawodów świadczy o poczuciu zagrożenia, straty, jaką wywołuje ta damska konkurencja – tłumaczy dr Rajba. 

Dr Beata Rajba
fot. arch. prywatne

Psycholożka uważa też, że „możemy zrozumieć mężczyzn, którzy w sposób nie do końca świadomy odbierają kobiety na rynku pracy jako konkurencję, zagrożenie, a żeńskie nazwy traktują jak zawłaszczanie przestrzeni przez baby lub babochłopy. Z kobietami jest jednak większy problem. I tu my, zwolenniczki feminatywów, mamy do nich trochę żalu...

Sześciu na dziesięciu Polaków popiera używanie żeńskich form rzeczowników równie często co form męskich - wynikało z sondażu SW Research z 2019 r.

– Trochę trudniej zrozumieć kobiety, bo jednak liczymy nie tylko na ich solidarność, ale też na świadomość, że ich praca jest średnio wyceniana o 20 procent niżej, a ich emerytury są o 40 procent niższe, co po części tylko wynika z długości życia – argumentuje dr Rajba. I dodaje: – Zapewne niektórym chodzi o niezaognianie konfliktu międzypłciowego. Reszta dobrze się czuje jako pani dyrektor, pani psycholog czy pani adwokat, bo męskie formy nazw zawodów są wciąż jeszcze odbierane jako bardziej poważne. 

Niektóre kobiety wciąż jednak obawiają się używać feminatywów, bo reakcje bywają mało przyjemne. Jak więc reagować, gdy ktoś przewraca oczami lub nawet wyśmiewa się, gdy mówimy o sobie psycholożka, filolożka albo gościni?

Kobiety przy usuwaniu gruzu, 1948
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

– Może najlepiej wcale nie reagować, tylko robić swoje i określać się tak, jak nam lepiej? Agresja rodzi agresję. W efekcie z jednej strony mamy rzesze oburzonych, broniących języka polskiego przed „zamachami feministek”, czy wręcz „szaleństwem i chorą ideologią”, jak to określił poseł do Parlamentu Europejskiego Dominik Tarczyński. Z drugiej – równie zajadłe rzesze oburzonych widzących w tej niedojrzałej, agresywnej reakcji nie obronę, a wręcz atak na kobiety – radzi psycholożka.

Lepiej zachować spokój, bo… – Do każdej nowinki się w końcu przyzwyczajamy. Nosimy bezrefleksyjnie zapożyczone od Włochów skarpetki (scarpetta) i łacińskie buty (botta) czy koszule (casula – namiot), francuskie garnitury (garniture), krawaty (cravate), bluzki (blouse) i garsonki (garçonne – chłopczyca), nie mówiąc już o znacznie świeższych zapożyczeniach, jak dżinsy. Chyba tylko sukienki pochodzące od prasłowiańskiego sukna są rdzennie „nasze”. Do psycholożek, dziennikarek, gościń czy prezesek też się z czasem przyzwyczaimy – zapewnia dr Rajba.

I może niebawem będziemy już spokojnie używać sobie feminatywów? Co wyniknie z dzisiejszych emocji, które wyrazy zostaną w języku, a które po prostu do niego wrócą, co się przyjmie – przekonamy się pewnie już wkrótce.

PS. Słowo "Redaktor" w opisie autorki nie jest zamierzone, to błąd techniczny.

Aleksandra Sobieraj
Aleksandra Sobieraj

Żywienie w kontekście zdrowia oraz rola diety w zapobieganiu chorobom cywilizacyjnym to tematyka, która od dawna mnie fascynuje. Wierzę w profilaktyczną i leczniczą moc diety, bo spożywanie posiłków to czynność, którą wykonujemy wielokrotnie każdego dnia, więc musi mieć ona wpływ na nasze zdrowie. Przewodnikami po dietetyce i medycynie są dla mnie specjaliści i badania naukowe – dzięki nim coraz więcej wiemy o nas i o świecie, w którym żyjemy. Lubię też pisać o rozwoju, zdrowiu i wychowaniu dzieci, bo każdy maluch ma w sobie ogromny potencjał, którego nie można zmarnować.

Adres e-mail: aleksandra.sobieraj@eurozet.pl