Rektor GUM o siłowniach: W moim odczuciu można byłoby nieco złagodzić te regulacje

21.10.2020
Aktualizacja: 26.10.2020 12:00
Prof. Marcin Gruchała, rektor GUM
fot. Prof. Marcin Gruchala/ WOJCIECH STROZYK/REPORTER/ EAST NEWS

Czy jesteśmy w stanie uniknąć lockdownu, czy pomysł ściągnięcia lekarzy z zagranicy jest dobry, czy studenci zostaną zaangażowani do walki z pandemią koronawirusa SARS-CoV-2, czy zamknięcie siłowni to dobry pomysł? Na te i inne pytania odpowiedział prof. Marcin Gruchała, rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego podczas rozmowy z reporterem Radia ZET Maciejem Bąkiem.

Maciej Bąk, Radio ZET: Panie rektorze, zacznijmy od najnowszych danych o zarażeniach. Pokazują przebicie tej psychologicznej bariery 10 tysięcy nowych zakażeń. Jak pan to ocenia? Epidemia wciąż jeszcze jest pod kontrolą?

Profesor Marcin Gruchała: Osobiście spodziewałem się tego i myślę, że większość specjalistów też. W nadchodzących dniach te wzrosty będą jeszcze wyższe. Działania, które podejmujemy wspólnie jako społeczeństwo, czyli ograniczanie kontaktów, noszenie maseczek i dbanie o dezynfekcję dłoni, przyniosą efekty dopiero w perspektywie co najmniej 10 dni, a może i dwóch, trzech tygodni. Czyli  musimy liczyć się z tym, że kolejne dni przyniosą wiadomości o wzrostach zachorowań. Myślę, że najważniejsze jest to, abyśmy wytrwali w tych ograniczeniach, które są niezbędne, po to żebyśmy za kilkanaście dni rzeczywiście zobaczyli efekty naszych działań.

Wielu z nas zmroziła informacja o budowie tymczasowego szpitala na Stadionie Narodowym. To ma na nas zadziałać mobilizująco, pokazując do jakiego momentu doszliśmy?

Marcin Gruchała: Powiem tak: „Nie chcesz wojny? Szykuj się na wojnę”. Lepiej być przygotowanym niż zaskoczonym. Dlatego pozytywnie postrzegam te działania. Oczywiście istnieje szansa, że te szpitale polowe okażą się niepotrzebne (oby tak się stało!), ale istnieje też prawdopodobieństwo, że mogą okazać się niezbędne. A przecież nikt z nas nie chciałby znaleźć się bez pomocy, w miejscu zupełnie do tego nieprzygotowanym. Wtedy już lepiej znaleźć się w takim szpitalu polowym. Tym bardziej, że doświadczenia innych krajów pokazują, że w takich miejscach można jak najbardziej pacjentów diagnozować i leczyć. Przecież to nie jest nasz wynalazek – takie miejsca powstawały już chociażby w Londynie czy w Nowym Jorku. I dzięki takim szpitalom uratowano wiele istnień ludzkich.

Dziś w Sejmie trwają prace nad ustawą, która ma zmobilizować lekarzy do pracy. Pojawiają się głosy mówiące o tym, że ten katalog osób zobowiązanych do walki z pandemią jest za szeroki. Na przykład teraz będzie można tam wysłać lekarza będącego w wieku 64 lat.

Marcin Gruchała: Zawody medyczne są zawodami specyficznymi. Każdy z nas, kto wybiera zawód medyczny jako swoją życiową drogę, decyduje się na niesienie pomocy drugiemu człowiekowi w potrzebie. Jestem pewien, że gros środowiska medycznego kieruje się takimi przesłankami. Oczywiście, nikt nie powinien narażać bezpośrednio swojego życia i zdrowia wtedy, kiedy nie powinien. Pamiętajmy, że właściwie zabezpieczony personel medyczny jest bardzo bezpieczny. Wiemy już coraz więcej o wirusie, wiemy jak się przed nim chronić, jak organizować opiekę nad pacjentami. Wiemy również, że personel medyczny, jeśli ulega zakażeniu, to znacznie częściej w swoich domach albo podczas życia towarzyskiego, niż w warunkach pracy, gdzie przestrzega się procedur. Oczywiście do pracy z zakażonymi w pierwszym rzędzie powinno się kierować przede wszystkim osoby z niższym ryzykiem oraz osoby profesjonalnie przygotowane.

A co myśli Pan o ewentualnych posiłkach z zagranicy? Są lekarze na przykład z Ukrainy, którzy mogliby do nas przyjechać. Ale mówi się też o tym, że ich przygotowanie jest inne niż naszych medyków.

Marcin Gruchała: Mając pewne doświadczenia związane z nostryfikacją dyplomów, zwłaszcza dyplomów zza naszej wschodniej granicy, musimy bardzo na to uważać. Bo rzeczywiście standard kształcenia w Ukrainie, Białorusi czy Rosji znacznie odbiega od standardu kształcenia w Unii Europejskiej. Dlatego musimy tu wykazać daleko idącą ostrożność. I ja bardziej byłbym otwarty chyba na mobilizowanie studentów ostatnich lat studiów, stażystów czy rezydentów, poszerzając ich uprawienia. Ponieważ za to, co te osoby potrafią, w jaki sposób były szkolone i przygotowywane do zawodu, my w pewien sposób odpowiadamy.

Wspomniał Pan o studentach. Czy będą pomagać w ramach hasła: „wszystkie ręce na pokład”? Kiedy to się stanie?

Marcin Gruchała: Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli korzystać z pomocy wszystkich studentów, zwłaszcza tych z najmłodszych roczników. Ale studenci ostatnich lat medycyny to osoby, które za chwilę i tak wchodzą w prawdziwe życie medyczne. To osoby naprawdę dobrze przygotowane, które mogą wspomagać pracę doświadczonych lekarzy, pielęgniarek i ratowników. I na pewno to wsparcie będzie profesjonalne.

Panie rektorze, jest Pan w stałym kontakcie z ministrem zdrowia. Czy powinniśmy się już przyzwyczajać do myśli o powtórce lockdownu z wiosny?

Marcin Gruchała: Myślę, że nikt dziś nie może jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Tak naprawdę wiele zależy od nas. W jakim stopniu zastosujemy się do obecnych zaleceń. Jeśli wszyscy zaczniemy stosować maseczki podczas kontaktów i zachowamy dystans, to lockdown z całą pewnością nas nie czeka. Natomiast, jeżeli będziemy lekceważyć zalecenia, nie ograniczymy naszych kontaktów społecznych, to epidemia będzie się rozwijać i wtedy lockdown może okazać się konieczny. Podkreślam – życie mogłoby się normalnie toczyć, gdyby rzeczywiście wszyscy nosili maseczki. To naprawdę nie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu.

Pan, jako kardiolog, słyszy o tym że w wielu szpitalach przekształcanych na „covidowe”, zabiegi są odwoływane i pacjenci są wypisywani do domów. To mrozi krew w żyłach, bo związane z tym zgony nie są odnotowywane w oficjalnych statystykach. A to też ofiary pandemii…

Marcin Gruchała: Oczywiście. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że przełożeniu czy odwołaniu podlegają te zabiegi, które z punktu widzenia medycznego takiemu przełożeniu mogą podlegać w sposób bezpieczny…

Ale przecież może się czasem okazać po fakcie, że taki zabieg mógł jednak uratować komuś życie…

Marcin Gruchała: W pełni się z tym zgadzam. Natomiast w obecnej sytuacji musimy podejmować również takie negatywne działania. One spowodują, że pacjenci będą czekać dłużej, a ich stan zdrowia może się pogorszyć. Dlatego, również z myślą o tych pacjentach, musimy starać się jak najdłużej utrzymać sprawne funkcjonowanie przede wszystkim szpitali.

Trochę a propos spraw kardiologicznych. Wciąż nie wiadomo, czy siłownie zostaną otwarte, a te służą nam przecież w utrzymywaniu aktywności fizycznej, a co za tym idzie budowaniu odporności. Czy nie lepiej pozwolić im działać w naprawdę ścisłym reżimie sanitarnym?

Marcin Gruchała: Nie wiem, czy jestem tu do końca obiektywny, bo sam korzystam z klubów fitness i bardzo mi tego brakuje. Niestety osoby regularnie ćwiczące bardzo źle znoszą tego typu lockdown. W moim odczuciu, przy zachowaniu ścisłych norm, dotyczących przede wszystkim liczby osób ćwiczących na jednostkę powierzchni i przy przestrzeganiu zasad, można byłoby nieco złagodzić te regulacje. Akurat osoby ćwiczące, dbające o swoje zdrowie, przykładają do reżimu sanitarnego naprawdę duże znacznie i z moich własnych obserwacji wynika, że na siłowni te osoby dbały o dystans i nikt nie przychodził kaszlący.

Na koniec zapytam o testy. Dziś w Polsce przetestowano 60 tysięcy osób. Dużo, ale zdaniem wielu wciąż za mało. Słowacja z kolei chce przetestować wszystkich obywateli. Może to jest jakiś pomysł?

Marcin Gruchała: Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że testowanie wymaga odpowiednich narzędzi. Testy, które są stosowane podczas pandemii, ulegają szybkiemu rozwojowi. Być może za chwilę będziemy dysponować testami antygenowymi, które będą lepszej jakości i będą miały dużo niższą cenę niż obecnie stosowane testy PCR. Wtedy będzie można rzeczywiście zorganizować w dużych populacjach szybkie testowanie. Co więcej, na wynik testu antygenowego oczekuje się dużo krócej niż na wynik klasycznego testu.

Czyli jeśli „eksperyment Słowacja” uda się, to być może warto będzie go powtórzyć w Polsce?

Marcin Gruchała: Trzeba popatrzeć na efekty. Ja osobiście nie wykluczałbym takiego podejścia również w naszym kraju. Być może niekoniecznie dla całej populacji, ale już w wybranych dużych grupach tak. My przecież sami, jako rektorzy, zastanawialiśmy się nad opcją testowania wszystkich studentów wracających po wakacjach. Ale to wszystko – wbrew pozorom – nie jest takie proste, choćby pod względem logistycznym.

Dziękuję za rozmowę.