Szefowa związku pielęgniarek: Mamy godzinne kursy z obsługi respiratora

21.10.2020
Aktualizacja: 21.10.2020 14:37
Krystyna Ptok
fot. Krystyna Ptok, przewodnicza Ogolnopolskiego Zwiazku Zawodowego Pielegniarek i Poloznych, Piotr Molecki/East News

Podstawowy instruktaż w standardzie anestezjologicznym trwa 3 tygodnie, a moje koleżanki kieruje się na godzinne szkolenie respiratorowe. Minister Zdrowia mówi, że na stronie internetowej resortu są filmy instruktażowe w zakresie obsługi respiratorów. Rządzącym to chyba marzą się szpitale bezobsługowe… Powiedziała Krystyna Ptok, Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, w rozmowie z Maciejem Sztykielem, reporterem Radia ZET.

Maciej Sztykiel: Pani Przewodnicząca, zacznę od respiratorów. Rząd zapowiadał szkolenia dla pielęgniarek z zakresu obsługi respiratorów. Czy rzeczywiście się odbywają, w jakiej formie?

Krystyna Ptok: Wczoraj dostałam pierwszą taką informację z województwa lubelskiego. Ktoś zapytał mnie, czy ma podpisać dokument, który mówi, że został przeszkolony w zakresie obsługi respiratora. Szkolenie było godzinne… Odpowiedziałam, że absolutnie nie, że nie może tego dokumentu podpisywać.

A jak długo powinno to szkolenie trwać?

Krystyna Ptok: W takim normalnym czasie, pielęgniarki, które pracowały na anestezjologii i intensywnej terapii miały kurs podstawowy, który trwał 3 miesiące. Specjalizacja z anestezjologii i intensywnej terapii trwa dwa lata. Instruktaż stanowiskowy w standardzie anestezjologicznym trwa co najmniej 3 tygodnie. Te standardy w różnych dziedzinach medycyny mamy po to, żeby zapewnić jak najlepszą jakość usług medycznych.

Teraz w sytuacji COVID-u jesteśmy zaskakiwani kolejnymi rozwiązaniami. Pominę fakt, że wiele z tych rozwiązań nie jest w ogóle konsultowanych ze środowiskiem. Pomysł jest rzucany i zobowiązuje się pracowników do jego wykonania.
Szkolenia robi się inaczej niż to przyjęto w standardach. Trwa ono tylko godzinę, więc chyba nie możemy powiedzieć, że to jest właściwie przygotowana osoba. Warto dodać, że na studiach licencjackich nie mamy praktyk na oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii, dopiero na studiach magisterskich. Więc wiele osób z tą intensywną terapią ma bardzo mało do czynienia.

Czy w godzinę można przyswoić jakąkolwiek wiedzę, która pozwala obsłużyć respirator? I czy tego nie można było zrobić w lipcu, w sierpniu?

Krystyna Ptok: Lipiec, sierpień i wrzesień to był czas na to, aby właśnie strategicznie podejść do sytuacji. Niestety stracony. Wszyscy eksperci mówili o fali zakażeń koronawirusem, która będzie falą jesienną, nakładającą się na zachorowania na grypę. Mówiono o tym wszędzie i nie zrobiono nic, byśmy mogli dobrze przygotować się. Nie było informacji do dyrektorów szpitali: „Słuchajcie, plan jest taki, stopniowo będą włączane te i te szpitale”.

Co chwile zmieniamy decyzje, plany, nie wiem, czy to jest dobre. Uważam, że powinniśmy utrzymywać szpitale jednoimienne  z oddziałami zakaźnymi, a wokół województw budować dodatkowe szpitale covidowe. Pozwolić funkcjonować szpitalom ogólnym, wyciągając z nich pacjentów zakażonych i kierując ich do jednoimiennych. Wtedy byłaby sytuacja, że stopniowo powiększamy liczbę szpitali.

Lipiec, sierpień, wrzesień to trzy miesiące. Te trzy miesiące, o których mówiłam w kontekście szkolenia personelu do obsługi stanowisk anestezjologicznych. W tym okresie przeszłabym szkolenie, byłabym przygotowana tak, że obojętnie, gdzie bym się nie znalazła, to czułabym się pewna w działaniach, które podejmuję. Tylko głupi człowiek nie boi się konsekwencji swoich działań, ale przynajmniej byśmy tych ludzi wzmocnili wiedzą i bylibyśmy gotowi do działań w obszarze związanym z COVID-19. Po godzinie szkolenia tej pewności medyk nie ma.

Poza tym w Polsce obecnie mamy 4-5 rodzajów respiratorów, każdy jest trochę inny. Parametry życiowe są takie same, ale chodzi o opiekę nad pacjentem, który jest podłączony do respiratora. Muszę wiedzieć, jak się z tym sprzętem obchodzić, by jak najlepiej chorego pielęgnować.

Mamy nową strategię, tworzymy dwa razy więcej łózek covidowych, zabierając te z oddziałów internistycznych i specjalistycznych w szpitalach wojewódzkich i powiatowych. Czy takie zmiany pomogą medykom, pielęgniarkom w pracy?

Krystyna Ptok: To są tylko zmiany dotyczące przesuwania sprzętu i reorganizacji oddziałów. My nie odbudujemy braków kadrowych, które są wieloletnie. Politycy nie widzieli interesu w tym, by budować dobre warunki pracy. Brakuje nam zastępowalności w zawodzie. Możemy zbudować kolejne szpitale, wstawić kolejne łóżka, tylko kto w tych szpitalach będzie pracował… Mamy lukę pokoleniową wśród pielęgniarek.

Jesteśmy zaskakiwani z dnia na dzień, mamy reorganizację oddziałów. W związku ze złą decyzją o likwidacji szpitali jednoimiennych, pacjenci covidowi pojawiali się wszędzie. Doprowadziliśmy do sytuacji, że całe 20-, 30-osobowe oddziały znalazły się na kwarantannie. W związku z tym na przykład przenosi się osoby z oddziału kardiologii na internę, bo tam został zdziesiątkowany personel.

Uwalniamy studentów medycyny, lekarzy, którzy nie pozdawali egzaminów. Gdzie i na jakich zasadach ci ludzie zostaną zatrudnieni? W szpitalach czy na stadionach? Mamy mało kadr i w obecnej sytuacji tego nie odbudujemy, nie mamy czarodziejskiej różdżki.

Szpitale polowe mają być w każdym mieście wojewódzkim. Okręgowa Izba Lekarska w Warszawie mówi, że znajdzie się do nich lekarzy i pielęgniarki. Czy to oznacza, że innym pacjentom, tym nie-covidowym, zostanie odebrana opieka?

Krystyna Ptok: Tak. Jeśli nas się przekieruje do pracy z pacjentami covidowymi, to nie będzie nas w innym miejscu.

Co z innymi pacjentami?

Krystyna Ptok: Myślę, że pacjenci już w tej chwili przestali korzystać z usług medycznych. Już teraz zamiast pójść do lekarza, biorą leki. A jeśli ktokolwiek z nich potrzebuje operacji, czy będzie czekać na lekarza, pielęgniarkę?

Ponoć 30% mniej zawałów i udarów jest raportowanych…

Krystyna Ptok:  Po prostu mniej pacjentów się zgłasza z tymi problemami i nie mają wczesnej interwencji.

Pani Przewodnicząca, jaki jest stan fizyczny i psychiczny pielęgniarek, jak się pracuje w tej chwili w służbie zdrowia?

Krystyna Ptok: Jesteśmy na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej.

Proszę zwrócić uwagę, że w sytuacji epidemii musieliśmy przyswoić nową wiedzę. Dla wszystkich to było nowe, ale my z tym pracujemy. Przypomnę tylko, że na początku epidemii nie wszyscy mieli wiedzę, jak zdejmować kombinezon po kontakcie z zakażonym. Pokazywaliśmy sobie filmiki szkoleniowe  w mediach społecznościowych. Teraz – po pół roku – kieruje się moje koleżanki na godzinne szkolenie respiratorowe, Minister Zdrowia mówi, że na stronie internetowej resortu są filmy instruktażowe w zakresie obsługi respiratorów. Rządzącym to chyba marzą się szpitale bezobsługowe…

Jakie są w tej chwili wasze największe obawy ?

Krystyna Ptok: Boimy się sytuacji, że same zachorujemy. Boimy się, że przebieg choroby może być ciężki. Boimy się – podobnie jak inni pacjenci, że  możemy nie mieć udzielonej pomocy w odpowiednim czasie.  Boimy się o swoich pacjentów, bo jest nas coraz mniej przy nich. Boimy się popełnienia błędu medycznego. Jest lęk przed śmiercią, jest lęk przed tym, żeby nie zakazić swoich bliskich, żeby nie mieć straty w mężu, matce czy dzieciach.

Jak wyglądają relacje z pacjentami? Są wyrozumiali?

Krystyna Ptok: Są miejsce, gdzie zawsze jest dużo napięcia, emocji: SOR-y, izby przyjęć. Tam wszyscy chcieliby być przyjęci jak najszybciej. Jest ciężko. Koleżanki mówią, że największa wdzięczność jest wśród pacjentów covidowych. Nie odwiedzają ich rodziny, bo nie mają takiej możliwości. Dla nich dotknięcie ręki przez pielęgniarkę, czy zatrzymanie się na chwilę i porozmawianie, jest znaczące. Ale to całe umundurowanie (gogle, maska, kaptur, przewiązania, kombinezon), tak konieczne na tych oddziałach, ten kontakt utrudnia.

W ogóle, z perspektywy lat, widzimy, że tego czasu dla pacjenta mamy coraz mniej. To co robimy, zaczyna być jakimś automatyzmem, czego byśmy nie chciały, bo ta relacja interpersonalna z pacjentem, często samotnym,  jest dla niego bardzo ważna.

A słuchała Pani doktora Artura Zaczyńskiego, który dowodzi szpitalem polowym na Stadionie Narodowym?

Krystyna Ptok: Słuchałam i nawet sobie zrobiłam obliczenia.

80 pielęgniarek w systemie zmianowym na 500 pacjentów.

Krystyna Ptok: Gratuluję tych wyliczeń. Teraz mamy współczynnik 0,6 pielęgniarki na łóżko. Z danych dr. Zaczyńskiego wynika, że na Stadionie Narodowym będzie 0,16 pielęgniarki do jednego pacjenta, na jedno łóżko. Tyle wystarczy, by obserwować pacjentów, czy któryś z nich nie umiera.

Tych 80 osób trzeba podzielić na cztery zmiany, wychodzi po 20 pielęgniarek na zmianę. Ile czasu będą mogły poświęcić bezpośrednio pacjentowi? Tylko tyle, że puścimy informację do społeczeństwa, że tam są medycy.
Podobno tam mają być kierowani tylko pacjenci o lekkim przebiegu choroby. Dziś mamy 100 zmarłych osób, niemal 9300 zakażeń, może być jeszcze więcej. Takie zabezpieczenie, taka opieka, to jest tylko stwarzanie pozorów.

Dr Zaczyński powiedział, że ten szpital polowy jest przygotowywany na moment, kiedy służba zdrowia będzie zupełnie niewydolna. Z drugiej strony Minister Zdrowia mówił, że połowa łóżek covidowych wciąż jest wolna. Okręgowa Izba Lekarska twierdzi, że łóżka wykazywane są podwójnie, bo ktoś jeszcze na nich leży, a już są zapisane jako łóżko covidowe. Czy służba zdrowia jest jeszcze wydolna?

Krystyna Ptok: Myślę, że powoli nie. Jest trudno. Tylko dzięki medykom to wszystko jeszcze trwa. Dzięki temu, że pracujemy ponad siły, po 300 i więcej godzin w miesiącu. Powinniśmy wypracować 160 godzin, a pracujemy po 320. To trzymało się dzięki nam, ale możemy tej sytuacji z COVID-19 i tych działań rządu nie przejść obronną ręką. Ochrona zdrowia w Polsce była nieprzygotowana na taką sytuację. To jest najtrudniejsza próba, jaką przechodzimy odkąd pracuję. A niektóre rządy miały politykę, że nie potrzeba nam tyle pielęgniarek, były zwalniane, były restrukturyzacje, prywatyzacje szpitali, niedawno było mówione, że mamy zbyt wiele szpitali i łózek szpitalnych, a teraz się okazuje, że wcale nie.

Łóżka, sprzęt to nie problem, na to zawsze znajdą się pieniądze. Problem w tej chwili mamy z kadrą medyczną. To dalej jest polityka, a my zostajemy ze swoimi problemami. Sami reorganizujemy oddziały, sami łatamy dziury personalne i staramy się nie zrobić krzywdy pacjentom.

Dziękuję za rozmowę.