Dlaczego ludzie boją się szczepień? Światowej sławy ekspert o antyszczepionkowcach [WYWIAD]

27.06.2018 16:18

Prof. Ron Dagan – jeden z najbardziej znanych specjalistów w dziedzinie chorób zakaźnych na świecie – w rozmowie ze zdrowie.radiozet.pl wyjaśnia, skąd się bierze popularność ruchów antyszczepionkowych. Lekarz tłumaczy, co sądzi o obowiązkowych szczepieniach i odbieraniu niezaszczepionym dzieciom dostępu do edukacji, a także na czym polega różnica pomiędzy dwoma typami szczepionek przeciwko pneumokokom. 

Prof. Ron Dagan – światowej sławy specjalista w zakresie szczepień i chorób zakaźnych tłumaczy, skąd się wzięła popularność ruchów antyszczepionkowych i dlaczego przeciwnicy szczepień rosną w siłę. Różnice pomiędzy 10- i 13-walentnymi szczepionkami przeciwko pneumokokom fot. Shutterstock/archiwum prywatne

Dlaczego na całym świecie rosną w siłę ruchy antyszczepionkowe? Skąd się bierze taka popularność przeciwników szczepień i coraz bardziej powszechne negatywne nastawienie do profilaktyki szczepionkowej?

Prof. Ron Dagan: Od zawsze tam, gdzie tylko pojawia się jakaś forma przymusu i dochodzi do pewnego rodzaju interwencji w społeczeństwie, musi się znaleźć ktoś, kto się z tym nie zgadza. Nie chodzi tu tylko o tych, którzy negują zasadność szczepień. Każda z góry narzucona akcja musi rodzić reakcję i opór. To naturalne.

Ale przecież kiedyś tego nie było! W przeszłości antyszczepionkowcy nie byli aż tak aktywni, jak obecnie.

Wbrew pozorom było tak od zawsze. W Europie pierwsze ruchy antyszczepionkowe pojawiły się już około 200 lat temu, kiedy w Wielkiej Brytanii zaczęły powstawać pierwsze prototypy szczepionki przeciwko ospie (przyp. red. w 1796 roku brytyjski lekarz Edward Jenner po raz pierwszy zaszczepił przeciwko tej chorobie 8-letniego chłopca).

Różnica polega na tym, że wtedy nie istniał słynny dr Google i nie było mediów społecznościowych, dlatego nie było tak łatwo, jak dziś rozpowszechniać informacje – zwłaszcza te negatywne czy fałszywe. Teraz wystarczy wpisać w wyszukiwarkę internetową nazwę jakiejkolwiek szczepionki, a z miejsca wyskoczą nam treści rozpropagowane przez jej przeciwników. To sprawia, że wielu ludzi zaczyna mieć sporo obaw o to, czy warto szczepić siebie lub swoich bliskich.

Wbrew pozorom, wśród potencjalnych przeciwników szczepień dominują głównie ludzie, którzy po prostu nie mają pewności, czy dana szczepionka może wywołać działania niepożądane. Większość z nich można nazwać „niezdecydowanymi szczepionkowcami“. Wahają się, czy powinni zaszczepić np. swoje dziecko, starają się dowiedzieć możliwie jak najwięcej na temat ewentualnych skutków ubocznych itp. Są niepewni tego, jaką decyzję w sprawie szczepień powinni podjąć, ale są skłonni zadawać pytania i prowadzić dyskusję na ten temat.

Natomiast z tzw. antyszczepionkowcami zwykle nie ma żadnej rozmowy. Trudno podjąć z nimi jakąkolwiek dysputę, ponieważ mają z góry wyrobioną opinię na temat szczepień, choć nie są w tej kwestii ekspertami.

Zrzut ekranu 2018-06-27 o 00.09.50
Jedna z pierwszych na świecie ulotek antyszczepionkowców, Wielka Brytania 1884. Na Wyspach Brytyjskich negatywne nastroje do powszechnych szczepień pojawiły się jeszcze zanim w 1853 roku wprowadzono tzw. Compulsory Vaccination Act (fot. Nadja Durbach, "They Might As Well Brand Us")

W Polsce coraz większym echem odbija się sprawa pediatry – doktora Dawida Ciemięgi – który jako pierwszy lekarz w kraju wytoczył proces antyszczepionkowcom szkalującym go w internecie za kwestionowanie szkodliwości szczepień. Czy to jest dobre rozwiązanie? Jaki jest Pana komentarz w tej sprawie?

Lekarz sądzi się z antyszczepionkowcami? Hmm... Takie sprawy są zwykle bardzo skomplikowane. Każdy z nas ma przecież prawo do wyrażania własnych opinii, mamy wolność słowa i możemy mówić to, co myślimy i uważamy za słuszne. Z pewnością łatwiej byłoby takie kwestie załatwiać polubownie. Sąd to ostateczność.

Jeśli to ja jestem lekarzem a Ty moją pacjentką, która przychodzi do mnie na wizytę, to moim obowiązkiem jest Ci udzielić najlepszej porady – zgodnej z moją wiedzą medyczną i dopasowanej do Twojego stanu zdrowia – bez względu na Twoje poglądy dotyczące szczepień lub każdej innej kwestii związanej z medycyną.

Jeśli z kolei zwracasz się do mnie z pytaniem, czy warto się szczepić czy nie, to jako lekarz jestem zobowiązany do udzielenia Ci pełnej informacji o wszystkich znanych mi zaletach i skutkach ubocznych danego preparatu.

Jeżeli odradzę Ci szczepienie a Ty przez to zachorujesz i ucierpisz z powodu choroby, której mogłaby zapobiec szczepionka, to dopiero wtedy możesz mnie oskarżyć o błąd w sztuce lekarskiej. Nie chciałbym jednak oceniać tej konkretnej sprawy, ponieważ nie znam szczegółów. Jeśli lekarz był obrażany i szkalowany, to ma pełne prawo reagować.

Zgoda, ale w tej chwili w Polsce mamy szczepienia obowiązkowe. Zgodnie z danymi Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego–Państwowego Zakładu Higieny, w ciągu ostatnich 7 lat liczba odmów szczepień wzrosła u nas prawie 10-krotnie. Czy pana zdaniem wprowadzenie przymusowych szczepień to dobre rozwiązanie? Czy szczepienia powinny być obligatoryjne czy nie? 

W Izraelu, skąd pochodzę, od dawna debatowano nad tym, czy wprowadzić taki nakaz, ale dotąd nie zdecydowano się na przymusowe szczepienia. W rezultacie mamy o wiele więcej zaszczepionych osób niż w Polsce. Chciałbym też dodać, że w moim kraju rezygnacji ze szczepień jest niezwykle mało.

Swoim pacjentom i studentom a także dzieciom i innym członkom rodziny zawsze powtarzam, że zwykle lepsze efekty przynosi przekonanie kogoś do tego, że warto się szczepić, niż zmuszanie go do robienia tego, czego nie uważa za słuszne.

Sztuka polega zatem na tym, by wytłumaczyć innym, co im da szczepienie (jeśli w ich przypadku ma to uzasadnienie medyczne). Powinno się to robić na tyle skutecznie, by sami zrozumieli, że na tym skorzystają. Choć w niektórych przypadkach potrzeba do osiągnięcia tego celu nieco więcej wysiłku...

Warto jednak mocno podkreślić, że uwarunkowania w każdym kraju są inne i każde państwo kształtuje swoją politykę dotyczącą szczepień w taki sposób, by były one jak najbardziej skuteczne. Mimo że uważam się za zdecydowanego zwolennika szczepień (i jednocześnie wcale nie jestem przeciwnikiem obligatoryjnych szczepień), to jednak uważam, że władze mają prawo dostosowywać system obowiązujący w tej kwestii do sytuacji, jaka tam panuje.

A jakie wątpliwości mają najczęściej osoby, które wahają się, czy powinni zaszczepić siebie lub swoje dzieci? Czy rzeczywiście wszystkie szczepionki są zupełnie bezpieczne?

Po pierwsze wszystkie szczepionki, które są dopuszczone do użytku, są bezpieczne. Wcale nie oznacza to, że u wszystkich zadziałają podobnie i nie wywołają u nikogo żadnych problemów. Nie ma takich preparatów, co do których można byłoby się zarzekać, że są 100-procentowo skuteczne u każdego pacjenta. Nawet jeśli sięgasz do lodówki po zwykłe mleko, nie możesz być do końca pewny, że chwytając karton nie wylejesz jego zawartości na siebie lub nie stanie Ci się inne "nieszczęście"...

W medycynie skuteczność mierzy się głównie poprzez stosunek pomiędzy tym, co ryzykujemy, a tym, co możemy zyskać podejmując jakieś działanie. Dotyczy to także szczepionek. 99,9 proc. dzieci nie jest zadowolonych z tego, że się je szczepi – jedne reagują płaczem, inne stają się ospałe lub mają nudności itp. Liczba poważnych komplikacji jest jednak naprawdę znikoma w porównaniu ze statystykami dotyczącymi groźnych chorób, którym można dzięki nim zapobiec.

Przy szczepieniach przeciwko rotawirusom zaledwie 1 na 10 tys. dzieci może cierpieć np. z powodu biegunki lub problemów z przewodem pokarmowym. Z drugiej strony, to właśnie rotawirusy są najczęstszym powodem ostrych biegunek zakaźnych u dzieci do 5. roku życia, a na dodatek mogą być dla nich śmiertelnie niebezpieczne (i są uważane za jedną z głównych przyczyn zgonów wśród maluchów z tej grupy wiekowej). Mamy zatem istotne uzasadnienie, by szczepić dzieci.

Szczepionki MMR (przeciwko odrze śwince i różyczce) powodują niepożądane działania jeszcze rzadziej – średnio raz na 20 tys. zaszczepionych mogą pojawić się objawy niedokrwistości, a jednak fama, jaka wokół nich narosła (np. fałszywe przekonanie, że mogą powodować autyzm), doprowadziła do znaczącego spadku liczby szczepień i tak gwałtownego wzrostu zachorowań na odrę, jakiego w np. Europie nie było od wielu dekad.

Wielu przeciwników szczepień podkreśla, że nie może się zgodzić z tym, że dzieci szczepione są zbyt szybko ­– nawet w pierwszej dobie życia. Czy nie lepiej byłoby nieco odwlec w czasie moment szczepień najmłodszych maluchów?

Zalecenie dotyczące szczepień w pierwszej dobie życia dziecka dotyczą głównie wirusowego zapalenia wątroby typu B – szczepionek, które są bezpieczne i doskonale przebadane. Dotąd nie zaobserwowano żadnych poważnych skutków ubocznych tych preparatów.

Podanie ich na tak wczesnym etapie, zaraz po urodzeniu, ma kluczowe znaczenie dla noworodka, ponieważ bardzo skutecznie już w pierwszych minutach życia chroni go przed zarażeniem od matek (5-7 proc. kobiet może przekazać potomstwu WZW B), a także zabezpiecza przed marskością i rakiem wątroby.

Dzięki powszechnym szczepieniom dzieci przeciwko WZW B zaraz po narodzinach znacząco zmniejszono liczbę zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby.

W zależności od sytuacji epidemiologicznej panującej w danym kraju, zalecane może być także podanie w pierwszej dobie życia szczepionki przeciwko gruźlicy. Szczepienie nawet na tak wczesnym etapie jest nie tylko wskazane, ale statystyki pokazują czarno na białym, że dzięki temu udało się znacząco zmniejszyć zachorowalność na te choroby wśród noworodków (w Polsce aż o kilkanaście razy zaledwie w ciągu ponad 2 dekad).

Zrzut ekranu 2018-06-27 o 13.20.52
fot. Shutterstock

Wspomniał Pan wcześniej o popularnym wśród antyszczepionkowców micie dotyczącym tego, że szczepionka MMR przeciwko odrze, śwince i różyczce może powodować autyzm.

Historia ta ma związek z postacią doktora Andrew Wakefielda, który w 1998 roku opublikował na łamach słynnego czasopisma medycznego „The Lancet“ wyniki badań, które miały potwierdzać rzekomy związek pomiędzy jednym ze składników tego preparatu (timerosalem – zawierającym rtęć i stosowanym w celu zapobiegania wzrostowi bakterii i grzybów w szczepionkach) a autyzmem.

Artykuł jego autorstwa został ostatecznie wycofany w 2010 roku, a po batalii sądowej lekarza pozbawiono prawa wykonywania zawodu. Wakefieldowi udowodniono oszustwo i manipulowanie danymi, ale on sam obwiniał o spisek koncerny farmaceutyczne.

Co Pan sądzi o tej sprawie? Czy to właśnie ten skandal umocnił przeciwników szczepień na całym świecie i dał podstawy do tego, że wielu ludzi zaczęło wątpić w to, czy szczepionki są bezpieczne?

Przede wszystkim fakty są takie, że zarówno odra, jak i szczepionka przeciwko odrze (a także śwince i różyczce) nie mają żadnego związku z autyzmem (który na dodatek można zdiagnozować dopiero na późniejszych etapach ­– nie zaraz po urodzeniu).

Wakefieldowi udowodniono działania kryminalne i manipulacje danymi dla własnego zysku finansowego, za które mógłby pójść do więzienia (wybronił się dzięki sprawnym prawnikom). Jego publikacja w „The Lancet“, która ostatecznie została wycofana, miała jednak ogromną siłę rażenia i przyczyniła się do umocnienia pozycji przeciwników szczepień. Wakefield rozpoczął zamieszanie dotyczące szczepionek i przyczynił się do dezinformacji w tej kwestii.

W rezultacie skandal, który wywołał, doprowadził do tego, że w Wielkiej Brytanii ludzie nagle przestali stosować szczepionkę MMR, co doprowadziło do tak wielkiej liczby zachorowań na odrę, jakiej nie notowano od dekad. Epidemia dosłownie rozlała się potem po całej Europie i teraz wiele krajów nie jest w stanie sobie poradzić z chorobą, która jeszcze do niedawna wydawała się być całkowicie opanowana.

W Polsce do listy szczepień obowiązkowych niedawno dołączono szczepionki przeciwko pneumokokom. Ze względu na to, że obecnie na rynku są dostępne 2 rodzaje tych preparatów: tzw. szczepionki 10-walentne (PCV-10) oraz droższe, 13-walentne (PCV-13), nawet wśród polskich lekarzy pojawiły się krytyczne opinie na temat wyboru tańszej opcji do programu bezpłatnych szczepień. Czym się właściwie różnią od siebie te preparaty?

Obie szczepionki są bezpieczne i dobre. Występują jednak między nimi różnice. W Izraelu, podobnie jak w USA i Wielkiej Brytanii (a także w większości pozostałych krajów rozwiniętych) zdecydowano się na refundowanie szczepionki 13-walentnej, ponieważ daje ona możliwość ochrony przed większą liczbą serotypów pneumokoków (w stosunku do PCV-10 dodatkowo przed serotypami 3, 6A i 19A), na dodatek sprawdza się nie tylko wśród dzieci, ale także osób dorosłych (szczególnie seniorów), dla których szczególnie niebezpieczne może być m.in. wywoływane przez te bakterie zapalenie płuc. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że aż 85 proc. zakażeń pneumokokami może występować u ludzi dorosłych, którzy mogą zarazić się nawet od dzieci (niektóre maluchy mogą być tylko nosicielami pneumokoków i nie wykazują objawów zakażenia).

Warto podkreślić, że przed wprowadzeniem szczepień przeciwko pneumokokom, zapalenie płuc stanowiło jedną z głównych przyczyn zgonów wśród dzieci na świecie. Dobrze, że Polska wreszcie dołączyła do krajów, które stosują powszechnie szczepienie ochronne przeciwko tym bakteriom.

Co Pan sądzi o wprowadzanym przez niektóre kraje zakazie wstępu do szkół i przedszkoli dla dzieci, które nie przeszły obowiązkowych szczepień? Czy takie rozwiązanie może ograniczyć problem z coraz mniejszą liczbą osób zaszczepionych?

Wprawdzie jest to jakieś wyjście z sytuacji, ale... Ma Pani dzieci?

Nie.

Jeśli jest się rodzicem, to zawsze chce się tego, co najlepsze dla naszego dziecka. Trudno jest wtedy zaakceptować, że odebranie mu prawa do edukcji może być dobrym wyjściem z jakiegokolwiek problemu. Za decyzje rodziców ciężko jest winić ich córki czy synów.

Choć przyznaję, że czasem należy stosować kary wobec dzieci, bo zdarza się, że sama rozmowa nie wystarczy, to jednak osobiście uważam, że zabronienie maluchom chodzenia do szkoły, przedszkola czy do żłobka jest sankcjonowaniem ich za błędy dorosłych. Mimo że jest to racjonalne działanie, to jednak według mnie jest to co najmniej niesprawiedliwe wobec najmłodszych.

Zachęcam wszystkich rodziców do tego, by szczepili swoje dzieci, bo to najlepsze, co mogą zrobić nie tylko dla nich, ale także dla całej rodziny i społeczeństwa. Dopuszczenie do sytuacji, gdy wskaźnik zaszczepionych w populacji jest tak niski, że zagraża zdrowiu innych ludzi, doprowadza do konieczności wprowadzania radykalnych rozwiązań (takich jak np. we Francji czy we Włoszech, gdzie zabrania się wstępu do placówek oświatowych dla niezaszczepionych dzieci). Niestety paradoksalnie wszelki przymus może wzbudzać opór, więc trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to, komu rzeczywiście wyjdą na zdrowie takie obligatoryjne rozwiązania.

Prof. Ron Dagan jest światowej sławy specjalistą w dziedzinie immunologii, chorób zakaźnych i pediatrii, od lat związanym z Uniwersytetem Ben-Guriona na Pustyni Nagew w Beer Szewa w Izraelu. Założył Światowe Towarzystwo Chorób Zakaźnych Wieku Dziecięcego (WSPID), aktywnie wspiera Amerykańskie Towarzystwo Chorób Zakaźnych (IDSA) oraz Komitet Wykonawczy Międzynarodowego Towarzystwa Chorób Zakaźnych (ISID). W latach 2010-2016 pełnił funkcję przewodniczącego Międzynarodowego Sympozjum ds. Pneumokoków i Chorób Pneumokokowych.

Zrzut ekranu 2018-06-27 o 13.03.15
fot. archiwum prywatne
Rozmawiała Monika Piorun, redaktorka zdrowie.radiozet.pl

TO CIĘ ZAINTERESUJE:

_______

zdrowie.radiozet.pl/π

Oceń