List od czytelnika: "Sanepid miał się skontaktować i cisza"

23.09.2020
Aktualizacja: 08.10.2020 11:08
List od czytelnika: "Sanepid miał się skontaktować i cisza"
fot. Shutterstock/zdjęcie ilustracyjne

Przyszedł list od czytelnika, który po powrocie z zagranicy i potwierdzonym kontakcie z pozytywnym przypadkiem, nie mógł się doprosić testu na obecność koronawirusa. Coraz więcej osób zgłasza problemy w kontakcie z sanepidem.

Instrukcja zmieszczona na stronie Ministerstwa Zdrowia jest prosta: "Jeśli miałeś kontakt z osobą zakażoną koronawirusem lub chorą, to natychmiast zadzwoń do stacji sanitarno-epidemiologicznej i powiadom o swojej sytuacji. Otrzymasz informację, jak masz dalej postępować". W praktyce proste to jednak nie jest. Nasz czytelnik, po ponad trzech tygodniach odbijania się od ściany, postanowił podzielić się swoją historią.

Podejrzenie zakażenia koronawirusem - co robić?

"Byłem na wakacjach w Chorwacji ze znajomymi z Niemiec. Wróciłem pod koniec sierpnia. Najprawdopodobniej złapałem w Chorwacji wirusa, bo w tym czasie jak wracaliśmy (ja do Polski, znajomi do Niemiec) Chorwacja została podana jako kraj większego ryzyka i w Niemczech automatycznie na lotnisku każdy był testowany na COVID. Wszyscy moi znajomi otrzymali pozytywny wynik. Wtedy zgłosiłem całą sytuację do Stacji S-E w Warszawie" - tak zaczyna się list naszego czytelnika.

Mężczyzna wyjaśnia, że nie tylko miał potwierdzony kontakt z zakażonymi osobami, ale także objawy - podobnie jak znajomi stracił smak i węch. Kobieta, z którą rozmawiał przez telefon zebrała dane i poinformowała, że sanepid skontaktuje się w ciągu 24 godzin. Tak się jednak nie stało.

"Odkąd otrzymałem informacje od znajomych, nie wychodziłem z domu z własnej woli i dla bezpieczeństwa innych - relacjonuje czytelnik. - Przez kilka dni nikt się nie zgłosił. Po raz kolejny zadzwoniłem i po raz kolejny zostawiłem wszystkie dane i znów mi mówiono że sanepid się ze mną skontaktuje w ciągu 24 godzin... Cisza przez kolejne dni".

Gdzie zrobić test na koronawirusa?

Ponad tydzień po pierwszym zgłoszeniu zadzwoniła osoba z infolinii „Mój obywatel”, żeby upewnić się, czy kontaktował się ktoś z sanepidu. "Powiedziałem tylko, że nie i rozmowa była zakończona" - pisze mężczyzna ze zdumieniem.

Dzień później dzwonił do lekarza pierwszego kontaktu i zapytał, co ma zrobić. Lekarz zaproponował receptę na test. "Ale co mi z tego, jak nie mam możliwości pojechać na test, bo nie posiadam własnego samochodu, a komunikacją lub taksówką nie wolno jechać, jak się ma objawy" - zauważa autor listu.

Więc znów telefon na infolinię „Mój obywatel”, a tam zapewnienie, że przypadek zostanie zgłoszony do Powiatowej Stacji S-E w Warszawie i że ktoś się skontaktuje. "Kolejne dni mijają i nadal nikt się nie odzywa. Wyszukuję numer do powiatowej stacji i miła pani mi podała numer wewnętrzny. Dzwonię i rozmawiam z osobą z Powiatowej Stacji S-E, a ta osoba mówi, że w żadnym systemie się nie pokazuję! Minęły już wtedy ponad dwa tygodnie od pierwszych objawów" - czytamy w relacji.

I dalej: "Przez ten cały czas nie mogłem wrócić do biura oczywiście. W końcu pracodawca powiedział, że zapłaci za test, bo bez negatywnego testu nie chcą mnie wpuścić do biura. Wykupiłem test na fakturę (600zł!). Dzień później, 15 września, pojechałem samochodem z „carsharingu” do mobilnego punktu przy alei KEN w Warszawie. Dwa dni później, 17 września, otrzymałem wynik, który nadal był pozytywny, choć byłem już kilka dni bezobjawowy. Wtedy dopiero zadzwonił sanepid i wlepił mi kolejne 10 dni izolacji. Po ponad trzech tygodniach!" - kończy poirytowany czytelnik.

Chcesz podzielić się swoją historią? Napisz: online@radiozet.pl