Szpitale nie przyjmują rodzących. Na porodówkach brakuje położnych

04.11.2019
Aktualizacja: 04.11.2019 11:32
Skierowanie do szpitala przed terminem porodu. Zamykane są szpitale.
fot. Shutterstock

Na porodówkach tak źle jeszcze nie było. W ciągu niespełna dwóch lat szpitale zamknęły 24 oddziały położnicze. Eksperci zapowiadają, że to nie koniec, według nich będzie tylko gorzej. Przyczyną tych problemów są braki kadrowe.

Szpitale nie przyjmują na porodówkę

W szpitalach brakuje położnych. Średnia wieku w tym zawodzie to ok. 60 lat, dodatkowo młodzi coraz rzadziej decydują się na wybór tej ścieżki zawodowej. Z drugiej strony specjaliści tacy jak: anestezjolodzy i ginekolodzy należą do grupy lekarzy najchętniej opuszczających Polskę.

Z najnowszych danych Naczelnej Izby Lekarskiej wynika, że w ciągu 15 lat za granicę wyjechało niemal tysiąc anestezjologów i ok. 500 ginekologów. Coraz trudniej znaleźć również pediatrów, którzy są niezbędni do funkcjonowania oddziałów ginekologiczno-położniczych.

Kryzys się pogłębia. Resort zdrowia mówi o 400 zlikwidowanych łóżkach. „Tylko w ostatnich tygodniach zawieszone zostały porodówki w wielkopolskim Czarnkowie, w Zakopanem oraz w Mrągowie. Po prostu nie mamy personelu, choć uporczywie go szukamy. Ciągle dajemy ogłoszenia, ja sama wykonałam kilkadziesiąt telefonów. Bezskutecznie” – przyznaje Brygida Schlueter-Górska, dyrektor mazurskiej placówki.

Do kryzysu przyczyniły się decyzje Ministerstwa Zdrowia. Przypomnijmy, że rząd planował likwidowanie oddziałów, które przyjmują poniżej 200 porodów rocznie. Docelowo miały przetrwać tylko te, na których rodzi się powyżej 400 dzieci. 

Przez brak położnych i lekarzy zamyka się także potrzebne, duże oddziały. Sytuacja jest tak zła, że czasami wystarczy ciąża czy choroba jednego z pracowników, a placówka nie przyjmuje rodzących kobiet. Znalezienie zastępstwa np. na czas choroby ginekologa wiąże się z dodatkowymi kosztami. Za każdą godzinę pracy trzeba zapłacić lekarzowi ok. 200 zł. Wielu szpitali na to nie stać.

Przeczytaj: Ciąża po terminie porodu - jak się wywołuje poród? 

Zamykane porodówki: co mają robić rodzące kobiety?

Profesor Krzysztof Czajkowski, konsultant ds. ginekologii i położnictwa, uspokaja, że jeżeli rodząca kobieta ma do najbliższej porodówki do 40 km, to może czuć się bezpieczna. Jednocześnie przyznaje, że problemem pozostaje wspomniana wysoka średnia wieku położników, a także nierównomierny dostęp do specjalistów w zależności od regionu. Jego zdaniem rozwiązaniem byłoby połączenie oddziałów tam, gdzie działa więcej placówek i są one położone blisko siebie. Taka decyzja należy jednak do samorządów. Z kolei resort zdrowia proponuje załatać braki kadrowe lekarzami z zagranicy, głównie wschodniej, np. Ukrainy.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Przeczytaj: Jak się przygotować do porodu, by ochronić krocze?