Instytut Matki i Dziecka w Warszawie: dzieci z chemią leżą na korytarzu

20.02.2020
Aktualizacja: 20.02.2020 21:35
Instytut Matki i Dziecka w Warszawie: dzieci z chemią leżą na korytarzu
fot. Facebook

Jak wygląda pobyt w szpitalu dzieci chorych na raka w Polsce? Pewna matka opublikowała zdjęcie na Facebooku i pokazała smutną prawdę. Ciężko uwierzyć, że chodzi tu o wyzdrowienie. 

Onkologia dziecięca: warunki sal szpitala szokują

Opublikowano zdjęcie z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Materace, stare łóżka, dzieci po chemii na korytarzu i matki, śpiące na podłodze. Te warunki zasmucają, szokują i dają do myślenia. Zaznaczmy to nie wina szpitala ani lekarzy. Wpis rodzica poruszył internautów.

W salach dla chorych jest tak ciasno, że nawet nie ma miejsca na walizkę. Sala na zdjęciu to pokój dla najmłodszych dzieci oraz dzieci w trakcie diagnoz. Jest tu pięć łóżek, wszystkie zawsze są pełne. Przy każdym dziecku rodzic. W sumie 10 osób na maleńkiej powierzchni - pisze autorka postu, jedna z mam, przebywająca ze swoim dzieckiem w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie. 

Przyjeżdżają tu dzieci z całej Polski, bo jest to oddział specjalistyczny ze światowej klasy specjalistami. Rodziny są w stanie znieść, wszystko po to, aby ratować życie najmłodszych. 

Toaleta dla rodziców jest dwa piętra niżej, w publicznej przestrzeni. Jak rodzic chce się wysikać, musi zostawić dziecko samo. Kiedy moja przyjaciółka była tam z synem, najmłodszy pacjent miał 8 miesięcy. Naprawdę trudno jest zostawić niemowlę w trakcie chemii nawet na 10 minut. Ale najlepszy rodzic musi czasem iść do toalety, więc gna przez korytarze i trzyma kciuki, żeby nie było kolejki, niczego, co przedłuży nieobecność przy łóżku. Prysznic dla rodziców jest w szatni dla pracowników, co pewnie nie ułatwia życia ani pracownikom, ani kąpiącym się rodzicom.

Brakuje lekarzy, którzy podadzą chemię chorym dzieciom

Opłakane warunki to niejedyny problem. Kolejne wyzwanie to brak lekarzy i pielęgniarek. Kto da chemię naszym dzieciom, jeżeli zachorują? Na to nikt nie daje odpowiedzi ani obietnic. Zaskoczeniem może by np. to, że w bydgoskim szpitalu zatrudniono siostry zakonne. 

Ale na Instytucie opowieść się nie kończy. W tym samym czasie w Przylądku Nadziei, pięknym wielkim szpitalu ze wszelkimi wygodami, brakuje lekarzy do leczenia dzieci. Z kolei w Bydgoszczy w Szpitalu Uniwersyteckim (!) im. Jurasza brakuje pielęgniarek, bo szpital ma taką politykę, że ich pielęgniarki zarabiają jedną z niższych stawek w regionie.

Stąd w czasie rekrutacji udało się zatrudnić jedynie siostry zakonne. Jednocześnie w tej samej Bydgoszczy jest ileś tam pielęgniarek z Ukrainy, które na pniu wzięłyby posady, ale nostryfikacja dyplomów się w Polsce wlecze i wlecze. - A i tak wszyscy mówią, że w tym kraju, jak mieć raka to lepiej jako dziecko, bo u dorosłych jest jeszcze gorzej - mówi moja przyjaciółka.

Wpis ma już 13 tys. reakcji, a w komentarzach pojawiają się kolejne doświadczenia rodziców, a wraz z nimi dodane zdjęcia. Opisy łamią serca i nasuwają pytanie: jak w takich warunkach dzieci mają zdrowieć? Czy może być gorzej? Czy jest szansa na poprawę? Wszyscy czekamy na odpowiedzi.