Tomasz Lis: udar jest specyficznym doznaniem, bo nie boli

04.05.2020
Aktualizacja: 04.05.2020 14:43
Tomasz Lis w 2019 roku
fot. Karol Makurat/REPORTER/East News

- Podawałem koledze kartę, żeby zapłacił za benzynę i nagle wszystko się sypnęło - wspominał Tomasz Lis w audycji Michała Figurskiego "NieZŁY pacjent w Radiu ZET". 

 Pod koniec 2019 roku Tomasz Lis przeszedł rozległy udar mózgu. "Dzień był zwykły. Jechaliśmy do Olsztyna, miałem zrobić wywiad z sędzią Juszczyszynem. Powiedziałem: żebyśmy nie zaczynali od próśb, to chodźcie, jeszcze się kawy napijemy. Był 10 grudnia. To zawsze się pamięta" - wspominał Tomasz Lis w Radiu ZET.

Udar - objawy

Na stacji benzynowej Tomasz Lis zdążył jeszcze podać koledze kartę, żeby zapłacił za paliwo. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mowa stała się niewyraźna, kącik ust opadł, koordynacja ruchów siadła do tego stopnia, że wytaczający się ze stacji dziennikarz nie mógł zmieścić się w drzwiach i zahaczył barkiem o futrynę. "Udar jest specyficznym doznaniem, bo nie boli. Człowiek czuje jakby ciało się od niego oddzielało" - mówił Tomasz Lis w audycji "NieZŁY pacjent w Radiu ZET".

Objawy charakterystyczne dla udaru to:

  • opadanie kącika ust,
  • niedowład jednej strony ciała,
  • niezborność ruchów,
  • niewyraźna mowa.

Dowiedz się więcejPodejrzenie udaru? Natychmiast dzwoń po karetkę 

Tomasz Lis w audycji Michała Figurskiego wspominał, że jego koledzy zachowali się bardzo przytomnie, od razu wiedzieli, o co chodzi i natychmiast wezwali karetkę pogotowia. "Lekko się zestresowali, gdy karetka ruszyła, a po 100 metrach wyłączyła sygnały i stanęła na poboczu. Myśleli, że się odmeldowałem. Tymczasem nadeszła informacja, że w szpitalu nie ma miejsc i musimy zmienić trasę" - relacjonował Tomasz Lis w Radiu ZET.

Uzależnienie od sportu

- Nie byłem tak totalnie zaskoczony, bo to był drugi raz, a według lekarzy może i trzeci. Pierwszy raz udar przeszedłem w 2015 roku. Tamten medycznie stanowił mniejsze niebezpieczeństwo, ale był bardziej traumatyczny. Stałem na dworcu trzy godziny po zakończeniu maratonu w Rotterdamie. W ręce miałem bilet, który mi wyleciał i ta ręka zaczęła wykonywać jakieś przedziwne ruchy. Jak mi lewa ręka zaczęła klepać w prawe ramię, a potem sięgać do prawej kieszeni spodni, to nie wiedziałem, czy zwariowałem, czy mi się to śni, czy może zasłabłem i to są jakieś omamy. Nie byłem w stanie w żaden sposób tego zinterpretować - mówił Tomasz Lis w Radiu ZET.

Na pytanie Michała Figurskiego, co mogło być przyczyną kłopotów zdrowotnych, Tomasz Lis wyznał, że próbował oszukać czas.

- Maraton pierwszy, drugi, dziesiąty, piętnasty. Jakiś obłęd. To mi dawało poczucie niemal wszechmocny. Buńczuczno-narcystyczne przekonanie, że czas mija, a ja jestem coraz szybszy, mam coraz lepszą kondycję, więc jestem chyba niezwyciężony, a może nawet graniczy to z nieśmiertelnością. A potem jest szast-prast i człowiek się dowiaduje, że guzik z tego. To był jakiś miraż, iluzja i głupota po prostu - przyznał Tomasz Lis w audycji "NieZŁY pacjent w Radiu ZET".

Formuła, którą ułożył sobie do opisania tej historii brzmi: "Maraton i z powrotem". Maraton, czyli udowadnianie sobie "wszechmocy", zaprzeczanie prawom upływu czasu i z powrotem, czyli udar, który rozkłada człowieka na łopatki i sprawia, że zapinanie guzików urasta do rangi przedsięwzięcia logistycznego.

Posłuchaj podcastu