Zamknij
Pandemia trwa, a "dług kardiologiczny" rośnie. Zapłacą pacjenci
Serca wielu pacjentów są zbyt wrażliwe na COVID-19
fot: Cryptographer/Shutterstock
TO GŁÓWNA PRZYCZYNA ZGONÓW

Pandemia trwa, a "dług kardiologiczny" rośnie. Zapłacą pacjenci

Alicja Bartosiak
Alicja Bartosiak Redaktor Radia Zet
24.11.2021 12:33
24.11.2021 12:33

Skupienie służby zdrowia na walce z pandemią COVID-19  spowodowało zapaść w leczeniu chorób sercowo-naczyniowych. Śmiertelność u osób zmagających się z niewydolnością serca cały czas rośnie, a statystyki są przerażające. Pacjenci z chorobami serca nie mogą czekać na koniec pandemii, a już teraz możemy mówić o „długu kardiologicznym”. Spłacają go ludzie, którzy nie otrzymali pomocy na czas.

Walka z pandemią koronawirusa doprowadziła do paraliżu służby zdrowia. Najbardziej poszkodowaną grupą są osoby cierpiące na choroby układu sercowo-naczyniowego, które nie mogą otrzymać pomocy, co stanowi zagrożenie dla życia i często ma tragiczny finał. To w ich kontekście mówimy o „długu kardiologicznym”.

Już przed pandemią pacjenci kardiologiczni stanowili największą grupę, jeśli chodzi o hospitalizację. Pandemia COVID-19 spowodowała, że większość łóżek przeznaczonych dla tych pacjentów została przekształcona w łóżka dedykowane pacjentom chorym na koronawirusa. Czwarta fala pandemii trwa, co cały czas stanowi utrudnienie w leczeniu chorób sercowo-naczyniowych. W kardiologii powstaje niebezpieczny zator, który uniemożliwia zapewnienie pacjentom kompleksowej opieki, a będzie coraz gorzej. Już w 2018 roku liczba zgonów z powodu niewydolności serca przekroczyła liczbę pacjentów, u których diagnozowano choroby. Brakuje skoordynowanego leczenia zachowawczego i odpowiedniej opieki ambulatoryjnej. Większość nakładów na leczenie pacjentów z chorobami kardiologicznymi przeznaczana jest na hospitalizację, a w przypadku chorób serca najważniejszy jest dostęp do farmakoterapii.

Ponadto, pandemia COVID-19 spowodowała u pacjentów chorujących przewlekle strach przed zakażeniem i śmiercią. Pacjenci niejednokrotnie zwlekają z wizytą u lekarza, w wielu przypadkach „przeczekują” również groźne zawały serca. Śmiertelność przy ostrym zawale serca leczonym w szpitalu nowoczesnymi metodami wynosi 5 procent, a nieleczona 40 procent. Najnowsza publikacja przygotowana przez blisko 50 czołowych kardiologów na podstawie analizy hospitalizacji i zgonów pacjentów z niewydolnością serca w okresie 1 stycznia 2019 – 31 grudnia 2020 w 24 ośrodkach w Polsce nie pozostawia złudzeń, że system opieki nad osobami z chorobami sercowo-naczyniowymi jest w punkcie krytycznym.

Niewydolność serca to główna przyczyna zgonów w Polsce
fot. Elle Aon/Shutterstock

Analiza pokazała, że liczba pacjentów przyjętych do szpitala z powodu niewydolności serca w tym okresie spadła o 23,4 procent w 2020 roku w porównaniu do roku 2019 przy jednoczesnym znacznym wzrostem śmiertelności pacjentów z niewydolnością serca bez i z COVID-19. Nie pociesza rosnąca czwarta fala COVID-19, która nie osiągnęła jeszcze szczytu.

Co godzinę umiera 16 osób

Niewydolność serca to pierwsza przyczyna zgonów w Polsce. Z niewydolnością zmaga się ponad 1,2 mln osób w naszym kraju. Co godzinę z powodu schorzenia umiera 16 osób. To dane sprzed pandemii, a z każdym rokiem „rekord” zgonów jest coraz wyższy. Świadczy o tym „Raport o zgonach w Polsce” opublikowany w 2020 roku przez Ministerstwo Zdrowia. W ubiegłym roku zanotowano o 67 tysięcy zgonów więcej niż w 2019 roku. Zgony z powodu chorób serca stanowią najwięcej, bo aż 17 procent tej nadwyżki. To w przeliczeniu daje ponad 11 tysięcy nadmiarowych zgonów, czyli tyle, ile osób mieści się w Katowickim Spodku. Wielu tragedii można uniknąć.

Zakażeń przybywa w zastraszającym tempie, zwłaszcza wśród osób niezaszczepionych. Koronawirus związany jest obecnie z cięższym przebiegiem niż rok temu, a pacjenci z COVID-19 w coraz większej liczbie są przyjmowani do szpitali. Skutkuje to zmniejszeniem liczby łóżek szpitalnych, z których mogliby korzystać pacjenci kardiologiczni.

Zabiegi planowe są opóźnione, zdarza się również, że pacjenci z nagłymi dolegliwościami sercowymi są odsyłani między szpitalami. Nawet gdy uda się wezwać karetkę do pacjenta z zawałem, zdarza się, że ratownicy nie mają go gdzie umieścić. Z oficjalnych danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że w czasie pandemii system ochrony zdrowia działał, wykorzystując zaledwie 60 procent wszystkich zasobów. Hospitalizacji w 2020 roku było o 34 procent mniej niż w latach przed pandemią.

- Odkąd mamy do czynienia z pandemią, znaczny odsetek zabiegów planowych został odwołany. W tym roku mamy kolejne „rzuty pandemii” i znowu mamy tę samą sytuację. Część z pacjentów, którzy mieli odwołane zabiegi, nie żyje. Pacjenci cały czas umierają. Kilkanaście tysięcy dodatkowych zgonów to pacjenci kardiologiczni. To zgony, których mogliśmy uniknąć. Są spowodowane brakiem diagnostyki i dostępu do specjalistów. Alarmowaliśmy wcześniej, że może się to skończyć w ten sposób, jeśli cala służba zdrowia będzie podporządkowana pacjentom covidowym. Nawet pacjenci w miarę stabilni, przez brak dostępu do opieki lekarskiej trafiają do lekarza za późno, w zaostrzonych stanach. Mamy do czynienia z eskalacją takich przypadków. Lekarze nie są w stanie cofnąć czasu - komentuje Agnieszka Wołczenko, prezes ogólnopolskiego Stowarzyszenia Pacjentów ze Schorzeniami Serca i Naczyń „EcoSerce”, które wchodzi w skład Porozumienia Organizacji Kardiologicznych.

Kilkanaście tysięcy dodatkowych zgonów to pacjenci kardiologiczni. To zgony, których mogliśmy uniknąć. Są spowodowane brakiem diagnostyki i dostępu do specjalistów

Ekspertka dodaje: - Jest jeszcze jedna kwestia: strach przed zakażeniem. Niektórzy pacjenci podczas lockdownu na tyle obawiali się wyjścia z domu, że nie zgłaszali się po pomoc nawet z zawałem. Zdarzają się sytuacje, że pacjent nie zostaje przyjęty na oddział, jest wożony od ośrodka do ośrodka i kończy się to dla niego tragicznie. Istnieją przypadki, że pacjent z zawałem oczekuje na izbie przyjęć kilka godzin, a czas działa na jego niekorzyść. Problemem jest też bagatelizowanie szczepionek przez część społeczeństwa. To ogromna nieodpowiedzialność, która przyczynia się do śmierci innych. Naszym obowiązkiem jest zachowanie zdrowego rozsądku, przestrzeganie dystansu społecznego, noszenie maseczek.

Coraz więcej osób umiera poza szpitalami – w 2020 roku aż 249 tysięcy Polaków nie otrzymało pomocy i umarło w domu. Dotyczy to osób, które przez całe życie płaciły składki zdrowotne. To najgorsze statystyki od wielu lat (nawet w czasie PRL-u nie było tak źle). Możliwe, że to zablokowana służba zdrowia stanowi obecnie największe niebezpieczeństwo.

- W tej chwili w naszej klinice ponownie mamy oddział covidowy. Konieczność leczenia pacjentów znacząco zmniejsza możliwość hospitalizacji pacjentów kardiologicznych, co już w poprzednim okresie powodowało zwiększenie śmiertelności u osób z niewydolnością serca. To zjawisko widoczne jest wszędzie w Polsce. Mamy do czynienia ze wzrostem śmiertelności rzędu ponad 20 procent. Jeśli na niewydolność serca nałoży się COVID-19, to mamy wzrost o kilkaset procent. Jedynym rozwiązaniem, by to zahamować, są szczepionki. Jeżeli ktoś się nie szczepi, musi mieć świadomość, że zabiera miejsce innym pacjentom. Ponadto, może zakazić wirusem osoby, które już są obciążone innymi chorobami. Prawa jednostki kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa innego człowieka. Naruszamy te prawa, zgadzając się na to, by część społeczeństwa rezygnowała ze szczepionek. – mówi prof. Jacek Kubica, Kierownik Katedry Kardiologii i Chorób Wewnętrznych Szpitala Uniwersyteckiego Nr 1.

Rosną nakłady i liczba zgonów

Hospitalizacja pacjentów sercowo-naczyniowych to ogromny koszt dla państwa. W ciągu ostatnich pięciu lat z kwoty 720 mln zł w 2014 roku wzrosły do zawrotnej kwoty 1, 6 mld zł w 2019 roku. Jednocześnie udział hospitalizacji w całkowitych kosztach ponoszonych przez NFZ na leczenie pacjentów kardiologicznych wyniósł niemal 94 procent w 2019 roku (wzrost z 87,7 proc. w 2014 roku). Mimo rosnących nakładów, mamy większy wzrost zgonów ze względu na niewydolność serca niż zapadalność. To świadczy o wyjątkowej niegospodarności państwa w finansowaniu służby zdrowia, na czym cierpią pacjenci.

Jeśli na niewydolność serca nałoży się COVID-19, to mamy wzrost o kilkaset procent. Jedynym rozwiązaniem, by to zahamować, są szczepionki

Według prof. Marcina Czecha, prezesa Polskiego Towarzystwo Farmakoekonomicznego, powinna nastąpić zmiana struktury finansowania poprzez przekierowanie części środków na finansowanie koordynowanej opieki oraz nowoczesnej farmakoterapii, która jest podstawą leczenia chorych z NS (choroba niedokrwienna serca), a wydaje się na nią obecnie nie więcej niż 1 procent wszystkich środków przeznaczanych na leczenie NS. Jedynie optymalna terapia skutecznie obniża koszty leczenia.

Jak mówi prof. Marcin Czech w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej": – Myślę, że błąd tkwi w systemie. Te pieniądze, mówiąc łagodnie, nie są wydawane w sposób optymalny. A jest ich mnóstwo, leczenie niewydolności serca to pierwsza pozycja kosztowa w budżecie NFZ. Co więcej, wydajemy najwięcej w krajach OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju skupiająca 36 państw).

Myślę, że błąd tkwi w systemie. Te pieniądze, mówiąc łagodnie, nie są wydawane w sposób optymalny

W leczeniu chorób kardiologicznych najważniejszy jest czas, a odkładanie terapii to narażanie pacjentów na najgorsze. Pacjenci nie powinni czekać dłużej na zmiany w systemie opieki. Potrzebne jest pilne znalezienie skutecznego rozwiązania, które pomoże pacjentom i ograniczy koszty leczenia chorób układu sercowo-naczyniowego. Jest to ważne zwłaszcza w kontekście czwartej fali pandemii. Należy zapobiec hospitalizacjom wśród pacjentów kardiologicznych.

Czekają na refundację leku

Środowiska eksperckie i organizacji pacjentów od lat mówią o dwóch filarach, które rozwiązałyby problem chorych. Leczenie pacjentów z niewydolnością serca powinno opierać się na dobrze skoordynowanej opiece lekarskiej i zastosowaniu optymalnej farmakoterapii. Jedynie to pomoże zatrzymać rosnącą liczbę hospitalizacji. Potwierdzeniem skuteczności tych działań są wytyczne Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Śmiertelność przy nieleczonym ostrym zawale serca wynosi 40 procent

W najnowszych wytycznych European Society of Cardiology, inhibitory SGLT-2 (flozyny, czyli grupa leków zwiększająca wydalanie glukozy z moczem) zostały wskazane jako 1 z 4 podstawowych terapii w leczeniu niewydolności serca ze zredukowaną frakcją wyrzutową serca (HFrEF) w celu ograniczenia śmiertelności. To oznacza, że każda z 4 rekomendowanych przez ESC terapii jest skuteczna, a leczenie powinno być wdrożone u pacjentów już na samym początku choroby.

Inhibitory SGLT-2 stosowano dotąd w leczeniu cukrzycy, ponieważ zwiększają wydalanie glukozy z moczem. Okazało się, że mechanizm ten jest pomocny również w leczeniu niewydolności serca. Inhibitory SGLT-2 obniżają ciśnienie krwi i redukują masę ciała, co pomaga powstrzymać powikłania związane z chorobami serca.

Dzięki zastosowaniu inhibitorów SGLT-2 możliwa jest poprawa rokowań pacjentów z niewydolnością serca. Refundacja inhibitorów SGLT-2 wpłynęłaby także na zredukowanie liczby hospitalizacji, co znacznie odciążyłoby służbę zdrowia. Zasadność takiego rozwiązania potwierdza Raport "Niewydolność Serca w Polsce. Realia, koszty, sugestie poprawy sytuacji" stworzony przez Porozumienie Organizacji Kardiologicznych przy współpracy z Polskim Towarzystwem Kardiologicznym. Mimo pilnej potrzeby refundacji nowoczesnej farmaktoerapii wciąż jest ona niedostępna dla polskich pacjentów. Część z nich nie doczeka się dostępu do nowoczesnego leczenia.

Alicja Bartosiak
Alicja Bartosiak

Pisanie to od zawsze moja wielka pasja  – szczególnie interesuję się zdrowiem i rozwojem dzieci oraz psychologią. Uwielbiam obserwować ludzi i szukać motywów ich działań. Ukończyłam studia dziennikarskie ze specjalizacją public relations w ochronie zdrowia.
W wolnych chwilach chodzę po lesie, oglądam perełki filmowe z różnych zakątków świata, gotuję i spotykam się z przyjaciółmi.