Czytelniczka robi test. "Dwie godziny na dworze z gorączką"

08.10.2020
Aktualizacja: 08.10.2020 20:44
Test na obecność koronawirusa: polskie absurdy
fot. Shutterstock/zdjęcie ilustracyjne

- Miałam gorączkę, zatkane zatoki, bolały mnie stawy, miałam problemy z oddychaniem. Bez kaszlu, ale przy głębszym wdechu uciskało mnie w klatce piersiowej. W dodatku byłam po potwierdzonym kontakcie z osobą zakażoną. Zadzwoniłam do przychodni, jednej, drugiej, w końcu zostałam zgłoszona do sanepidu - mówi nasza czytelniczka. Sukces? Nie do końca. Tu zaczynają się schody.

 - Został mi nadany numer sprawy. Co ciekawe, pomimo że wszystko załatwia się elektronicznie, po listę punktów, do których mogę się zgłosić na test, musiałam się udać do przychodni. Osobiście! Wysłałam partnera - tak zaczyna się opowieść czytelniczki radiozet.pl.

Pierwszy absurd? Na liście punktów pobrań i tak wskazany jest tylko jeden, w którym może zrobić wymaz. 

- Ponieważ punkt otwarty jest od 10:30 do 15:00, to zadzwoniłam po 10:00. Pani mówi, że słyszy, że jestem chora, więc mam przyjechać jak najwcześniej - relacjonuje dalej.

Drugi absurd? Na wymaz oczywiście trzeba przyjechać samemu.

- Pani powiedziała, żeby ktoś mnie przywiózł. Zaczęłam się zastanawiać, kogo najmniej lubię - mówi. W normalnych warunkach byłby to niezły żart. Dziś brzmi śmiertelnie poważnie. "Na szczęście mam samochód. Z gorączką i dusznościami pojechałam sama. Cały czas na telefonie z ojcem, bo było mi słabo" - dodaje.

Trzeci absurd? Dwie godziny w kolejce, minuta w środku.

- Zdjęcie kolejki przed wejściem do punktu pobrań wysłałam partnerowi o 10:53. Wyszłam o 12:42. Samo pobranie trwało może 60 sekund. Dwie godziny stałam na zewnątrz z gorączką. Zimno, nie ma gdzie usiąść, w końcu przysiadłam na jakimś murku, bo już się słaniałam na nogach - mówi kobieta.

Czwarty absurd:

- Nie lepiej było podjechać do drive-thru? - pytam.
- Nie, bo miałam już nadaną sprawę i został mi wskazany konkretny punkt pobrań.

Piąty absurd:

- Wynik masz jutro. Jesteś objęta kwarantanną, izolacją?
- Nie jestem niczym objęta. Sanepid ani razu się ze mną nie skontaktował.
- Partner normalnie poszedł dziś do pracy?
- Nie. Zadzwonił do pracodawcy i powiedział, że mam podejrzenie Covid. Pracodawca zadecydował, że ma pracować zdalnie. Ale zadzwonił tam tylko dlatego, że bardzo poważnie traktuję Covid.

Chcesz podzielić się swoją historią? Napisz: online@radiozet.pl