Te procedury nie działają. Historia mężczyzny, który zmarł na COVID-19

13.04.2020
Aktualizacja: 13.04.2020 13:20
Historia mężczyzny, który zmarł na COVID-19
fot. Shutterstock

"Mamy nadzieję, że nasza historia będzie dla Państwa przestrogą i uratuje ona chociaż jedno ludzkie życie" – tak zakończyła swój list wysłany do redakcji "Dziennika Zachodniego" pani Izabela, której 51-letni mąż zmarł z powodu infekcji COVID-19, wywołanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. 

W tej korespondencji pani Izabela opisuje przebieg choroby u swojego męża – Adama, i ich bezsilność w zderzeniu ze służbą zdrowia w dobie pandemii koronawirusa. Niewłaściwa diagnoza, nieprawidłowe leczenie, a konsekwencji nagłe pogorszenie stanu zdrowia mężczyzny... to najprawdopodobniej przyczyny tragicznego finału tej historii, czyli śmierci mężczyzny.

Zobacz pełną wersję listu na stronach "Dziennika Zachodniego".

Pan Adam był wysportowanym, zdrowym mężczyzną w średnim wieku.

Na pojawiły się u niego objawy przeziębienia – ból i uczucie pieczenia w gardle.

Mężczyzna przyjmował leki objawowe, które powinny złagodzić dolegliwości. Niestety jego stan zdrowia się nie poprawił. Mężczyzna skontaktował się więc ze swoim lekarzem rodzinnym, który przeprowadził z nim telefonicznie wywiad lekarski, pytając nie tylko o stan zdrowia, ale również o możliwe kontakty z osobami zarażonymi na koronawirusa, m.in. czy wrócił z zagranicy, czy miał kontakty z osobą, która wróciła z zagranicy, czy miał kontakt z osobą chorą na COVID-19. Mężczyzna odpowiedział na wszystkie pytania negatywnie, zgodnie ze stanem swojej wiedzy. Lekarz uznał, że nie jest to infekcja wywołana koronawirusem, tylko najprawdopodobniej bakteryjna i przepisał antybiotyk. Po tygodniu brania tego leku, stan mężczyzny nie poprawiał się. Objawy choroby, czyli ból i pieczenie w gardle, utrzymywały się. Mężczyzna więc ponownie skontaktował się z lekarzem (tym razem innym). Przebieg rozmowy był podobny – pytania o stan zdrowia i te same pytania dotyczące możliwości zarażenia się koronawirusem. Diagnoza podobna: to nie jest COVID-19. Lekarz przepisuje inny antybiotyk. Lek nie pomaga.

Tego samego dnia, wieczorem pojawia się kolejny objawy choroby. Podwyższona temperatura: 38 st. C.

W kolejnych dniach dochodzi nowy objaw: trudności z oddychaniem.

Małżonkowie zastanawiają się, czy diagnoza obu lekarzy jest prawidłowa, czy objawy te nie sugerują infekcji wywoływanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. Jednak zrobienie badań na własną rękę nie jest możliwe. Pracownicy sanepidu, a później szpitala zakaźnego, do którego dodzwania się pani Izabela, zadają te same pytania, co lekarze. Słysząc odpowiedź negatywną, uznają, że to najpewniej nie jest zarażenie koronawirusem, bo... objawy występują zbyt długo.

W nocy stan pana Adama pogarsza się. Temperatura rośnie – na termometrze jest ponad 39 st. C. Kolejny telefon do przychodni. Kolejne TE SAME pytania i recepta na KOLEJNY antybiotyk.

Następnego dnia pojawiają się kolejne objawy: brak apetytu.

Po wykonaniu kolejnych telefonów do szpitalu, małżonce pana Adama udaje się wybłagać wykonanie testu na obecność koronawirusa. Wydawałoby się, że połowa sukcesu za nimi. Wymaz pobierany jest w Częstochowie w punkcie poboru próbek. Zawozi tam pana Adama jego żona. Mężczyzna jest bardzo słaby. Na miejscu nie ma lekarza, który mógłby zbadać go.

Pojawia się kolejny objaw: jego skóra zaczyna się robić sina.

Mężczyzna wraca do domu i czeka na wynik, który ma przyjść w ciągu 24 h. Niestety, wyników nie ma, a stan zdrowia pana Adama się pogarsza.

Ma ogromne trudności z oddychaniem.

Pani Izabela wzywa pogotowie. Ratownicy podejmują decyzję o natychmiastowym przewiezieniu chorego do szpitala w Tychach. Mężczyzna jest podłączony do respiratora. Lekarze określają stan jego zdrowia jako ciężki. Wyników badań na obecność koronawirusa wciąż nie ma.

Stan mężczyzny dramatycznie się pogarsza. Jest zaintubowany, wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną. Wyników testów nadal nie ma.

Po interwencji znajomych pana Adama, udaje się przyspieszyć testy. Przychodzi wynik: POZYTYWNY.

Lekarze rozpoczynają leczenie z wykorzystaniem leków przeciwmalarycznych. Niestety za późno. Mężczyzna umiera.

Od pojawienia się pierwszych objawów, do śmierci pana Adama mija prawie miesiąc. Czy można było go uratować? Czy szybsza diagnoza i szybsze podjęcie leczenia dałoby mu szansę na życie?
Na te pytania nie poznamy już odpowiedzi.

Żona pana Adama napisała w liście: "Mamy świadomość, że tragedia, jaka nas spotkała, sprawia, że nasza ocena ogólnej sytuacji epidemiologicznej jest subiektywna. Pragniemy jednak powiedzieć, że z naszej perspektywy stan przygotowania naszego Państwa do pandemii jest fatalny". I wymienia trzy największe problemy: dostępność testów jest praktycznie zerowa, wątpliwości budzi ogólna organizacja służby zdrowia, wadliwość stosowanych procedur.

W liście napisała: "Razem z rodziną postanowiliśmy opublikować historię choroby Adama z nadzieją, że będzie ona przestrogą dla innych i skłoni ich do uważniejszego dbania o siebie i bliskich w czasach pandemii. Proszę pamiętać, że taka sytuacja może dotknąć każdego."

Źródło: Dziennik Zachodni