Zamknij

Łódzcy lekarze uratowali bliźnięta z syndromem podkradania

11.08.2022
Aktualizacja: 11.08.2022 12:20
Bliźnięta
fot. Shutterstock

Na czym polega syndrom podkradania w ciąży bliźniaczej? Dlaczego ten stan zagraża życiu dzieci? Poznaj historię pani Katii z Ukrainy, której ciąża była zagrożona właśnie z powodu tego syndromu. 

W łódzkim Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki urodziły się bliźniaki, których życie w czasie ciąży było zagrożone z powodu syndromu podkradania (TTTS). Obaj chłopcy – Andrij i Arkadij – są jeszcze w szpitalu, ale niebawem będą mogli go opuścić. Gdy się urodzili, ważyli niewiele ponad 900 gramów...

Wysiedlona z rodzinnego domu trafiła do Polski

Ich mama pani Katia, wraz z 4-letnią córeczką Saszą oraz mamą i 10-letnią siostrą Sonią, została wysiedlona z objętego wojną miasta Wołnowacha w obwodzie donieckim. Wraz z grupą innych przesiedleńców rodzina pomieszkiwała w różnych miejscowościach na terenie Ukrainy, a potem, gdy działania wojenne w Ukrainie zaostrzyły się, trafiła do Polski. Tu na stałe osiadły w ośrodku dla uchodźców z Ukrainy w Sulęcinie. Wszystko to działo się na przełomie marca i kwietnia. W trakcie wojennej tułaczki kobieta dowiedziała się, że jest w ciąży, niestety ciąża była zagrożona. Rozpoznanie syndrom podkradania (TTTS). Pani Katia trafiła do szpitala do Kliniki Ginekologii, Rozrodczości i Terapii Płodu w łódzkim ICZMP, gdzie zespół dr hab. Piotra Kaczmarka zajął się nią i przeprowadził niezbędne operacje, ratujące życie chłopców. Lekarze nie mają wątpliwości, gdyby pani Katia została w rodzinnych stronach, nie udałoby się jej donosić tej ciąży.

Czym jest Syndrom podkradania TTTS?

Syndrom podkradania TTTS (twin-to-twin transfusion syndrome) jest powikłaniem ciąży bliźniaczej jednokosmówkowej polegającym na przecieku krwi od jednego z płodów do drugiego. Zarówno "dawca", jak i "biorca" są poszkodowani, a nieleczony syndrom nieuchronnie prowadzi do poronienia. Aby uratować dzieci, niezbędne są zabiegi wewnątrzmaciczne. W Polsce wykonuje je tylko kilka ośrodków.

– Objawy TTTS są różne, np. u "biorcy", który dostaje krew "dawcy", tworzy się duża ilość płynu owodniowego, co kończy się odpływem płynu i poronieniem. Z kolei "dawca" nie ma płynu owodniowego, jest przytwierdzony do ściany łożyska i pompuje krew dla drugiego płodu. Leczenie polega na przecięciu naczyń w łożysku, które łączą oba płody. Wykonuje się to za pomocą fetoskopu – przez powłoki brzuszne matki wprowadzany jest rodzaj endoskopu z torem wizyjnym i włóknem laserowym. Usunięcie części połączeń z łożyskiem pozwala na odciążenie zmęczonego serca "biorcy" i dostarczenie więcej tlenu i krwi "dawcy" – wyjaśnia dr hab. Piotr Kaczmarek i dodaje, że przy stole operacyjnym pani Katii stanęli najlepsi specjaliści, m.in. prof. Krzysztof Szaflik oraz dr Adam Bielak.

Szef Kliniki Ginekologii, Rozrodczości i Terapii Płodu w łódzkim ICZMP podkreśla, że zabieg był skomplikowany i obarczony dużym ryzykiem.

– Zabieg wymaga dużej precyzji, ale trzeba działać rozważnie, bo może się zdarzyć, że w wyniku przecięcia wszystkich naczynek jeden płód umiera. Dlatego u pani Katii wykonaliśmy go dwukrotnie, tydzień po tygodniu. Zwyczajowo rozwiązujemy takie ciąże planowo około 36. tygodnia, ale wskutek rozwinięcia się samoistnej czynności skurczowej lub odpłynięcia płynu owodniowego może to nastąpić wcześniej – tłumaczy dr Kaczmarek.

Chłopcy urodzili się 18 lipca, przez cesarskie cięcie. W dniu porodu ważyli niewiele ponad 900 gramów. Obecnie, zarówno pani Katia, jak i jej dzieci czują cię dobrze. Mama mogła wyjść ze szpitala wcześniej, ale chłopcy nadal przebywają w Klinice Neonatologii. Dzięki wsparciu Fundacji Mam Serce działającej w ICZMP, pani Katia może spędzać z dziećmi dużo czasu. Fundacja opłaciła pobyt pani Katii w szpitalnym internacie, a ludzie dobrej woli zadbali o jej najważniejsze potrzeby, czyli jedzenie, ubrania dla niej i jej nowo narodzonych chłopców.

Ludzi dobrej woli jest więcej...

W tej historii, oprócz lekarzy, którzy uratowali życie chłopców, bardzo ważną rolę odegrali inni pracownicy ICZMP, którzy bardzo zaangażowali się w pomoc. Pani Katia była z dala od swojej córeczki, mamy oraz siostry (z Sulęcina do szpitala jest około 400 km), nie była przygotowana ani psychicznie, ani materialnie na taki bieg zdarzeń. Była w słabej kondycji psychicznej. Potrzebowała wsparcia i życzliwości.

– Profesor poprosił mnie, żebym pomogła w tłumaczeniu, bo ma na oddziale Ukrainkę, która ciągle płacze, a ja mam synową z Ukrainy i choć nie znam tego języka, to dogaduję się po rosyjsku. I tak poznałam Katię. Ale nie tylko ja jej tutaj pomagam, zaangażowany jest cały zespół Zakładu Genetyki, mamy "słoik dobra" na datki, przynosimy ubrania i jedzenie – powiedziała jedna z pracownic szpitala, która zastrzegła sobie anonimowość.

Pani Anna nie tylko dotrzymywała towarzystwa pani Katii, wspierała ją psychicznie, ale również, gdy pani Katia przyjeżdżała z Sulęcina na kolejny zabieg czy kontrolę, gościła ją u siebie w domu. Zaprosiła też rodzinę pani Katii do siebie, by pokazać im Łódź.

Pani Anna i pozostali pracownicy szpitala nie kryją niepokoju, co się stanie z panią Katią i jej dziećmi, gdy zostaną wypisani ze szpitala.

– Trochę się martwimy, bo zbliża się czas wypisu, i nie wiemy, gdzie trafią te nasze wcześniaczki. W Sulęcinie czteroosobowa rodzina Katii zajmuje jeden pokój w internacie, gdzie jest 60 osób. Niestety, wkrótce z internatu uchodźcy będą przenoszeni do ośrodka wczasowego z domkami, gdzie przebywali już wcześniej. Tego się obawiamy, bo jest tam grzyb i dzieci tam chorowały. Chcielibyśmy, aby Anadrij i Arkadij trafili do dobrych warunków – przyznała pani Anna, ale dodała, że rodzinę Katii otoczyli opieką również wolontariusze z Sulęcina, którzy m.in. przysyłają jej paczki i zadbali również o wyprawkę dla chłopców.

– Jestem dobrej myśli, że znajdą tam jakieś rozwiązanie. Dopóki Katia z dziećmi bezpiecznie nie dojedzie na miejsce i nie znajdzie domu, to my tutaj, z całym Zakładem Genetyki, naszego sumienia nie wyciszymy – obiecuje pani Anna.

Pani Katia nie kryje swojej wdzięczności, dla wszystkich ludzi, którzy jej pomogli. Nadano jej nawet nową nazwę "Katia dziękuje", bo to słowo 26-latka wypowiadała najczęściej podczas pobytu w szpitalu.

Źródło: PAP Agnieszka Grzelak-Michałowska