Wesele w czasach koronawirusa. Jak bawią się Polacy? [List czytelniczki]

16.06.2020
Aktualizacja: 17.06.2020 08:16
Wesela i śluby w czasach koronawirusa. List czytelniczki.
fot. Shutterstock

Wesele w czasie koronawirusa – to fanaberia czy dowód, że miłość jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody, które pojawiają się na drodze pary? Czy rezygnacja z planowanego wesela z powodu zagrożenia COVID-19 to dowód rozsądku, czy tchórzliwa rezygnacja z marzeń? Nasza czytelniczka przysłała do nas list, w którym opisała wesele w pandemii z perspektywy gościa. 

  • Poniżej treść listu naszej czytelniczki – Kasi, która opisała swoje wrażenia po weselu w czasach koronawirusa.
  • Ślub i wesele 2020: czy powinno się odbyć, mimo koronawirusa? 

Od 6 czerwca można już robić wesela, rząd zniósł kolejne ograniczenia. Maksymalna liczba gości, która może bawić się na weselu to 150. Wszyscy muszą być zdrowi, tzn.: nie mogą być chorzy na COVID-19, nie mogą być zakażeni koronawirusem, nie mogą wykazywać objawów ze strony układu oddechowego.

Te zasady dotyczą także wszystkich, którzy pracują przy obsłudze wesela – każda z osób zaangażowanych w organizację imprezy musi być zdrowa. Wchodzący na salę goście muszą mieć maseczki. Przy wejściu powinny być płyny do dezynfekcji. Dopiero na sali maseczki mogą być zdjęte. Jak to wygląda w praktyce? Napisała nam o tym jedna z naszych czytelniczek (pisownia oryginalna):

"Byłam gościem na weselu kuzynki w ostatni weekend – 13 czerwca. Maseczki – widziałam je tylko na twarzach osób z obsługi i to nie wszystkich. Płyny dezynfekujące – stały przy drzwiach, ale były używane sporadycznie. Odległości, zrezygnowanie z przytulania – zapomnij, uścisków raczej nikt sobie nie żałował. Na sali znajdowało się ponad 100 osób, od małych dzieci, po osoby w sędziwym wieku. Czy ktoś był zarażony? Nikt tego nie sprawdzał. Niepotrzebny był nawet toast, żeby wszyscy stali blisko siebie, bratali się i tańczyli do upadłego. Należałam do nielicznych gości, którzy byli zdezorientowali, nie chciałam popłynąć z tłumem i łamać po kolei wszystkich obostrzeń, ale zostałam uznana za dziwaczkę, która powinna wyluzować. 

Wesele w czasach koronawirusa – moim zdaniem – nie różni się niczym od poprzednich. Może jedynie tym, że nikt do końca nie wie, czy przyjęcie powinno się odbyć. My, ale i sami państwo młodzi, do końca nie wiedzieli, czy przyjęcie się odbędzie, ale i tak mieli plan rezerwowy.

Od początku wiedziałam, że to wesele będzie przygotowane z pompą. Wszystko było planowane od 2 lat, zarezerwowana sala, kupiona sukienka, dobierane do wystroju kolory, wstążki, kwiaty, stylizacje i wiele innych dodatków. Młodej parze trudno byłoby z tego zrezygnować. Przez ostatnie miesiące żyli w ogromnym stresie – szczególnie panna młoda. 

Jako gość zastanawiałam się, czy przyjęcie nie może się odbyć w kameralnym gronie, bez pompy, w bezpiecznych warunkach, w romantycznej scenerii? Na początku pandemii myślałam nawet, że wesele raczej się nie odbędzie lub zostanie przełożone. I nie ma to nic wspólnego z moimi złymi intencjami, tylko z ostrożności i zdrowe rozsądku. Przecież świat stanął na głowie, koronawirus się wciąż rozprzestrzenia, codziennie przybywa zakażonych, a leku ani szczepionki jeszcze nie ma. 

Bałam się, że mimo ryzyka zarażenia się nowym, niebezpiecznym wirusem, nikt nie będzie przestrzegał podstawowych zasad. I miałam rację. Z drugiej strony rozumiem, że są pary, które bardzo chcą hucznego wesela, coś mniejszego nie byłoby spełnieniem ich marzeń.

Na ślub i wesele zaproszonych było 150 osób, przyszło nieco ponad 100. Większość z nieobecnych informowała, że nie przyjdzie z powodu koronawirusa. U tych nielicznych osób wygrał zdrowy rozsądek i odwaga powiedzenia: „Nie, dziękuję”.

We mnie była wewnętrzna walka. COVID-19 spowodował kryzys zdrowotny, ale też gospodarczy. Ludzie na całym świecie zaczęli tracić pracę, żyli w lęku, konflikcie z rodziną, bo wszystko ich  przerosło. Nie umiałam płynnie przejść do cukierkowego świata, w którym wszystko wydaje się idealne. I choć w życiu trzeba łapać chwile – trudno było mi odciąć się od tego, co poza tą salą. Tu stoły uginały się od jedzenia, głośna muzyka, pokaz sztucznych ogni, przejęci kelnerzy, którzy zapewne mieli dość duchoty i masek na twarzach, ale cieszyli się, że w ogóle mają pracę. 

Myślę, że COVID-19 można potraktować, jako sprawdzian, czym naprawdę są śluby i wesela dla par i rodzin. Dla mnie staropolskim obrzędem, na którym musi być głośno i bogato, bez względu na wszystko. Bez limuzyny, fotobudki, trzypiętrowego tortu – to się nie liczy. I chyba nic tego nie zmieni.

Para powinna robić to, co najlepsze dla nich i dla gości. Niektórzy - tak jak ja - nie będą potrafili się zrelaksować lub świętować, inni będą chcieli bawić się dalej, nawet jeśli coś może zagrozić ich zdrowiu.

Ślub to dla wielu młodych pary być może pierwsze poważniejsze wyzwanie we wspólnym życiu. To, jak zdecydowali się podejść do owej sytuacji, nada ton wielu decyzjom, które jeszcze przed nimi.

Jedni twierdzą, że boją się koronawirusa, zwłaszcza że na weselu zawsze jest grono starszych osób – babć, dziadków, cioć, wujków i nie chcą ryzykować ich zdrowia. Rozumiem to. Drudzy mówią, że trzeba żyć chwilą, bo nie wiadomo co wydarzy się za tydzień, rok. Może być inna katastrofa, choroba, powódź cokolwiek. Okej, tylko nie dajmy się też zwariować, bo to nie oprawa, słodki bufet i suknia panny młodej są najważniejsze w tym czy innym dniu, a uważność na drugiego człowieka.

Młode pary i rodzice – proszę weźcie to pod uwagę, planując huczne wesela w czasach koronawirusa."