Na tropie koronawirusa – jak wygląda śledztwo wirusologów i epidemiologów?

04.06.2020
Aktualizacja: 04.06.2020 17:40
Śledztwo ws. koronawirusa
fot. Shutterstock

Jak wirusolodzy i epidemiolodzy tropią patogeny? Jak wygląda ich praca i jakie może ona dawać efekty? Co ważnego odkryli koreańscy wirusolodzy i jakie to miało konsekwencje dla reszty świata?

Praca wirusologów i epidemiologów, śledzących patogeny wywołujące epidemie, jest bardzo trudna. Przypomina pogoń za zabójcą. Aby go "dopaść" trzeba najpierw stworzyć jego profil, prześledzić kontakty i wreszcie odizolować. Świetnie to obrazuje film "Contagion – Epidemia strachu" w reżyserii Stevena Soderbergha. Ten obraz, z doborową obsadą (m.in. Kate Winslet, Gwyneth Paltrow, Jude Law, Matt Damon, Marion Cotillard, Laurence Fishburne), pokazuje, na ilu frontach walka z patogenem się odbywa i ile osób musi być w to zaangażowanych.
Historia zaczyna się niewinnie. Powracająca z podróży służbowej po Azji kobieta (grana przez Gwyneth Paltrow), z objawami grypy, wraca do Stanów Zjednoczonych. Po przylocie umiera, a potem kolejno osoby, które miały z nią styczność. Początkowo sytuacja jest bagatelizowana przez władze. Jednak gdy epidemia zatacza coraz szersze koło, w walkę z wirusem angażowani są najlepsi wirusolodzy i epidemiolodzy na świecie. Brzmi znajomo?

Od czego śledztwo się zaczyna

Oczywiście. Fabuła tego filmu, mimo że powstała wiele lat temu, idealnie oddaje sytuację związaną z koronawirusem SARS-CoV-2. Praca ludzi zaangażowanych w śledzenie "pacjentów zero" oraz wygaszanie ognisk zarazy jest niezwykle trudna, niebezpieczna i wymaga umiejętności detektywistycznych. Świetnie obrazuje to przykład z Korei Południowej, gdy śledczy sanitarni musieli ustalić, kto był pacjentem zero i jak rozprzestrzenił się wirus wśród koreańskiej społeczności.

Do niedawna wydało się, że największe niebezpieczeństwo stanowią osoby, które są zarażone koronawirusem SARS-CoV-2 i mają objawy infekcji (gorączka, kaszel, duszności). To błędne myślenie. Te objawy łatwo zauważyć i tym samym szybko można odseparować chorego od osób zdrowych. Prawdziwym wyzwaniem są osoby, które przechodzą infekcję bezobjawowo lub objawy pojawiają się u nich kilka dni lub nawet tygodni po zarażeniu.

Miejsce zbrodni: kościół

W niedzielę 19 stycznia 2020 r. w kościele w Singapurze odbyła się msza święta organizowana w zborze The Life Church and Missions, na parterze biurowca. Wzięło w niej udział około 200 osób, w tym małżeństwo, które tego dnia rano wróciło z Chin, z Wuhan. Oboje czuli się dobrze, nie mieli żadnych objawów choroby. Para wyszła zaraz po nabożeństwie.

Liczba chorych rośnie

Kilka dni później, dokładnie 22 stycznia, zaczęła chorować kobieta, a dwa dni później jej mąż. Władze odseparowały parę.

Jednak tydzień później zaczęły chorować kolejne osoby. Sytuacja była o tyle niezwykła, że ci chorzy nie byli w Chinach i utrzymywali, że nie znają nikogo, kto by z Chin wrócił. Liczba osób zarażonych rosła, a władze zastanawiały się, co jest przyczyną tego zjawiska. Ta nowa seria zachorowań nie miała dla nich żadnego sensu, związku z tym, co wtedy wiedziano o wirusie i infekcji przez niego wywoływanej. W śledztwo zostali zaangażowani lekarze chorób zakaźnych i ich asystenci, m.in. dr Vernon Lee, szef chorób zakaźnych w Ministerstwie Zdrowia Singapuru.

Mapa kontaktów i powiązań

Rozpoczęto dochodzenie, przesłuchano prawie wszystkich chorych, rysowano mapy powiązań, kontaktów, pokazujące, kto z kim, kiedy się spotykał i w jakich okolicznościach. Dzięki temu na kwarantannę wysyłano kolejne osoby, ale pacjent zero wciąż był niezidentyfikowany.
W ciągu kilku dni śledczy rozmawiali z prawie dwustoma chorymi członkami kościoła The Life Church and Missions i dowiedzieli się, że 142 osoby były na tej samej mszy, co para, która powróciła z Wuhan w Chinach. Część z nich witała się z chorymi, rozmawiała z nimi przez chwilę w czasie nabożeństwa.

Nowe zaskakujące ustalenia

To teoretycznie wyjaśniałoby, skąd tak wiele osób zakażonych. Jednak wśród nich były osoby, które tego dnia nie były na nabożeństwie i nie miały kontaktu z zarażonymi. Skąd więc ta choroba? Okazało się, że były one na nabożeństwie dzień później i siedziały one w tym samym miejscu, co para "pacjentów zero".
Jak mogli się zarazić? Czy wirus mógł przetrwać tak długo na powierzchni ław kościelnych? Jak doszło do zakażenia, skoro para małżonków podczas mszy nie miała objawów choroby, nie kasłała? Te pytania nurtowały śledczych. Teraz – kilka miesięcy po wybuchu pandemii – wiemy, że wirus roznosi się drogą kropelkową, nawet podczas oddychania lub rozmowy. Chorzy mieli go na dłoniach, ubraniach. W ten sposób został przeniesiony na ławy, siedzenia. Na innych ludzi.

Przełomowe odkrycie śledczych

To odkrycie dr. Lee i jego zespołu okazało się kluczowe w walce z pandemią. Koronawirus SARS-CoV-2 mógł być przenoszony przez osoby nie mające żadnych objawów choroby, a zarazić się nim można było nie tylko w bezpośrednim kontakcie, ale również dotykając powierzchni z którymi miały styczność osoby chore. Konsekwencją tego odkrycia było podjęcie przez rządy wielu krajów decyzji o izolacji społecznej. Chodziło o odseparowanie ludzi od siebie, zmniejszenie ryzyka pojawienia się nowych zakażeń i wygaszenie ognisk choroby.

Jak bardzo dystans społeczny, dbanie o higienę osobistą oraz otoczenia jest ważne pokazuje przypadek Śląska i górników, którzy zarazili się przebywając w towarzystwie osób chorych bez żadnych objawów choroby lub w pomieszczeniach (np. windach), z których wcześniej oni korzystali.

To są przypadki tzw. transmisji przedobjawowej, gdy chory nie ma żadnych objawów, ale zaraża innych. Zdaniem lekarzy ten okres może trwać od kilku dni do nawet kilku tygodni (znany jest przypadek pojawienia się objawów choroby po 21 dniach od zarażenia).

Źródło: BBC