Brakuje krwi od ozdrowieńców. Szef stacji krwiodawstwa apeluje o pomoc

13.10.2020
Aktualizacja: 13.10.2020 16:39
Brakuje krwi od ozdrowieńców. Szef stacji krwiodawstwa apeluje o pomoc
fot. Shutterstock

Każdy z nas może być ozdrowieńcem, który może podzielić się – będącym dziś na wagę złota – osoczem. Centra krwiodawstwa apelują o to, by zgłaszali się do nich pacjenci, którzy przechorowali COVID-19, chorobę wywoływaną przez koronawirusa SARS-CoV-2. Ale nie muszą to być osoby, które przeszły kwarantannę i testy. Każdy może, robiąc w prywatnym laboratorium test na przeciwciała, sprawdzić czy przeszedł już chorobę.

Maciej Bąk, Radio ZET: Zacznijmy od ponowionego przez was apelu o zgłaszanie się ozdrowieńców, którzy przechorowali COVID-19. Jak bardzo brakuje w tej chwili tak niezbędnego w ratowaniu życia osocza?

Wiktor Tyburski, dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Gdańsku: Najlepiej pokazują to liczby. Do tej pory wydaliśmy do leczenia ponad 250 jednostek osocza od ozdrowieńców, a pozyskaliśmy na Pomorzu zaledwie 100 jednostek. Czyli 150 musieliśmy wyprosić w innych centrach krwiodawstwa. A wiem, że ta „efektywność proszenia” jest coraz mniej skuteczna, bo wszystkie stacje zaczynają teraz potrzebować tego osocza, co wiąże się z tą wielką falą zachorowań, jaka dotknęła Polskę. Sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna. Szpitale chcą, my nie mamy im co dać, nie mamy skąd tego pozyskać. Jedyne co nam pozostało to prosić wszystkich którzy ozdrowieli z COVID-19, którzy mają warunki wiekowe, wagowe i zdrowotne o to, by to osocze oddać.

Czy to jest tak, że nie zgłaszają się ozdrowieńcy? Czy zgłaszają się, ale okazuje się że na przykład mają za mało przeciwciał?

Wiktor Tyburski: Niestety chorzy, którzy zostali przetestowani, często w ogóle nie mogą być dawcami. Bo są starsi, bo mają inne choroby współistniejące, bo na przykład przechodzili transfuzję i nie mogą być dawcami albo mają zbyt małą wagę. Czyli z puli osób, która zachorowała tylko garstka pozostaje takich, którzy mogą być potencjalnymi dawcami. Dodatkowo osoba, która nigdy nie była krwiodawcą ma jeszcze ten „opór pierwszego razu”. Bo nie wie jak to jest, czy to boli, czy to jest bezpieczne, czy to jest dyskomfortowe. W związku z tym musimy trochę namówić tych ludzi, mówiąc że to jest bezpieczna procedura, niedługa – około 30 minut, i że bardzo mocno pomaga osobom, które uzyskają takie osocze. Że to jest samo dobro i warto to dobro na rzecz innych uczynić.

Wiemy, że bardzo dużo osób przeszło tę chorobę bezobjawowo i wytworzyło przeciwciała, albo zachorowali i nawet nie wiedzieli, że to był COVID-19. W takiej sytuacji możemy dołączyć do grona ozdrowieńców samemu, sprawdzając się za pomocą testów serologicznych na przeciwciała…

Wiktor Tyburski: Tak. Test serologiczny może potwierdzić to, że mieliśmy kontakt z wirusem. I może być tym czynnikiem, który spowoduje, że będziemy ozdrowieńcami i będziemy mogli się tym osoczem podzielić.

A gdzie możemy zrobić taki test? Na tyle wiarygodny, żeby państwo w niego uwierzyli?

Wiktor Tyburski: Takie testy wykonują wszystkie komercyjne laboratoria. My niestety ich nie robimy. Ale sieć prywatnych laboratoriów jest bardzo duża. I po takim teście na przeciwciała, jeśli da on wynik pozytywny, musi upłynąć 14 dni żebyśmy mieli pewność, że nie ma już w naszym organizmie białka wirusa. I wtedy z taką informacją możemy zgłosić się do centrum krwiodawstwa i stać się dawcą osocza.

Ale to niestety nie wszystko, bo wiem, że jest tylko jedno miejsce w Polsce, które może sprawdzić, czy mamy tych przeciwciał wystarczająco dużo, by nadawały się do pomocy.

Wiktor Tyburski: Tak, każde osocze jest później sprawdzane na poziom przeciwciał w Białymstoku. Próbka z każdej donacji jest wysyłana właśnie tam i stamtąd po mniej więcej tygodniu dostajemy informację, ile jest tych przeciwciał. Czyli jakie jest ich miano – jeśli jest powyżej 500, to osocze nadaje się do leczenia.

Ale to państwo biorą na siebie, tak?

Wiktor Tyburski: Oczywiście.

Czyli pierwsze osocze oddajemy trochę w ciemno, nie wiedząc czy się przyda?

Wiktor Tyburski: Tak. I niestety bywa tak, że pobieramy osocze, ono trafia do Białegostoku i tam się okazuje że miano jest zbyt małe, żeby móc je wykorzystać w terapii. To też widać po naszych statystykach, bo donacji mieliśmy znacznie więcej niż te 100, które się udały.

Czy jest tak, że jeżeli przechorowaliśmy COVID-19 w marcu albo nawet w lutym, to znaczy że minął już taki czas, że przeciwciał na pewno będzie za mało?

Wiktor Tyburski: Im później od momentu ozdrowienia tym przeciwciał jest mniej. Dlatego my, pobierając to osocze, chcielibyśmy zapraszać dawców 14 dni po wykazaniu braku białka wirusa testem PCR albo 28 dni po przechorowaniu i zakończeniu objawów. I wtedy wykonujemy trzy procedury pobrania osocza w odstępie jednego tygodnia. Ten czas jest dosyć istotny, bo później zwiększa się szansa na to, że przeciwciała się zneutralizują.

To, co zawsze najlepiej działa, to ludzkie historie pokazujące, że to faktycznie się przydało, że to ocaliło życie. Czy pan słyszał takie historie tutaj na Pomorzu?

Wiktor Tyburski: Powiem tak – szpitale biorą od nas osocze, a to znaczy że specjaliści mają przekonanie do tego sposobu leczenia. Często wręcz dramatycznie domagają się osocza, bo mają pacjenta w stanie krytycznym. Dla mnie to przesłanka mówiąca o tym, że jest to nadzieja i pomoc i wiele osób to uratowało. Czasem pewnie tak było, że stan zdrowia pacjenta był już tak ciężki, że ten środek nie poskutkował. Ale skoro szpitale czasem nawet wykłócają się, by jak najszybciej osocze dostarczyć i na sygnale jedziemy nawet do Szczecina czy Lublina żeby je dowieźć na czas, to znaczy że jest ono bardzo potrzebne.