Koronawirus – kiedy najbardziej zarażamy? Wyjaśnia epidemiolog

13.11.2020
Aktualizacja: 13.11.2020 11:55
Kiedy najbardziej zarażamy koronawirusem?
fot. Shutterstock

Najbardziej zarażamy koronawirusem SARS-CoV-2 przed wystąpieniem pierwszych objawów COVID-19, a to dlatego, że wtedy w organizmie jest największa gęstość tego patogenu – tłumaczy prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

– Największa gęstość wirusa u zakażonej osoby występuje jeszcze przed pojawieniem się objawów, toteż w tym okresie osoby takie są najbardziej zakaźne. To jest największa przyczyna tak szybkiego szerzenia się tej epidemii w sposób trudny do kontrolowania. Bo nie jesteśmy w stanie kontrolować ludzi, którzy nie mają jeszcze objawów zakażenia, czyli wtedy, gdy jest największa zakaźność. A gdy objawy się pojawią, mamy już spadek ryzyka zakaźności – tłumaczy prof. Robert Flisiak. I dodaje, że zdecydowana większość ludzi zakażonych koronawirusem SARS-CoV-2, ponad 80 proc., przechodzi infekcję bez poważniejszych objawów lub w ogóle nie są one odczuwane.

Pierwsza faza zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2

Dystans, maseczka, mycie i dezynfekowanie dłoni  – przestrzeganie tych zaleceń służb sanitarnych może nas ochronić przed zarażeniem się koronawirusem SARS-CoV-2. Wynika  to ze specyficznego patomechanizmu zakażenia tym patogenem.

– W pierwszym etapie dochodzi do ataku na komórki błony śluzowej nabłonka dróg oddechowych. Wirus namnaża się i zajmuje sąsiednie komórki. Ta faza trwa zwykle około tygodnia, czasami nawet krócej – tłumaczy prof. Robert Flisiak.

W pierwszym tygodniu zakażenia najbardziej aktywny jest replikujący się wirus. Dopiero po siódmej dobie znacząco spada wiremia, czyli ilość wirusa w śluzie drzewa oskrzelowego.

– W dziesiątej dobie już prawie nie stwierdza się cząstek wirusa. Zanim całkowicie one znikną, znajdują się jeszcze w formie uniemożliwiającej im replikację, bo są to fragmenty rozpadniętego wirionu (pojedynczej cząstki wirusa). Jedynie do piątego, siódmego dnia można mówić o zakaźności – tłumaczy prof. Robert Flisiak. I dodaje, że większość zakażeń ma charakter samoograniczający. Jeśli w samym organizmie człowiek lub wokół niego nie ma okoliczności sprzyjających rozwinięciu się powikłań, to zakażenie powinno się skończyć po kilku dniach. I tak się dzieje u zdecydowanej większości osób.

Druga faza zakażenia koronawirusem SARS-CoV-2

Niestety u niektórych chorych pojawia się drugie stadium choroby. Dochodzi do zajęcia pneumocytów, komórek nabłonka oddechowego w pęcherzykach płucnych. Reaguje wtedy układ odpornościowy. Następuje aktywacja tzw. komórek immunokompetentnych, głównie limfocytów, monocytów, neutrofili i makrofagów. Uruchamiana jest produkcja różnych cytokin (białek wpływających na rozwój komórek biorących udział w odpowiedzi odpornościowej oraz komórek hemopoetycznych), przede wszystkim cytokin prozapalnych, takich jak interelukina-1 i interleukina-6.

– Uwolnienie dużej ilości tych substancji wywołuje tzw. burzę cytokinową, odpowiedzialną za to, co się dzieje zarówno w drogach oddechowych, jak i w śródbłonku naczyń. Dochodzi do nasilenia zmian zapalnych, zgrubienia tkanki śródmiąższowej, zwiększa się przepuszczalność śródbłonka naczyń, co z kolei skutkuje obrzękiem płuc – wyjaśnia ekspert. I ostrzega, że w tym okresie może rozwijać się wiele powikłań, rośnie na przykład ryzyko zmian zakrzepowo-zatorowych dotyczących płuc, jak i innych narządów. I to jest największe zagrożenie dla chorego.

Specjalista zwrócił też uwagę, że nie ma potrzeby badać zakaźności chorego, ponieważ cząstki wirusa wykrywane testami genetycznymi PCR, mogą występować jeszcze przez 2-3 tygodnie, czasami nawet przez miesiąc.

– To jednak nie znaczy, że pacjent jest zakaźny. Przestaje być zakaźny po kilku, najpóźniej po dziesięciu dniach. Wyjątkiem są pacjenci z dużym niedoborem odporności, u których mogą znajdować się kompletne wiriony do 20. dnia – zaznaczył prof. Robert Flisiak.

Źródło: PAP