Zamknij

Do marca przyszłego roku koronawirusem zarazi się połowa Polaków

22.12.2020
Aktualizacja: 22.12.2020 11:48
Koronawrius: połowa Polaków zachoruje
fot. Shutterstock

Dr Jakub Zieliński wraz z Zespołem Modelowania Epidemiologicznego ICM na Uniwersytecie Warszawskim zajmuje się prognozowaniem dalszego rozwoju sytuacji. Jest zdania, że do połowy roku zarazi się połowa Polaków.

Zdaniem ekspertów z ICM do marca przyszłego roku koronawirusem zakazi się nawet połowa populacji w Polsce. Szczytowy moment epidemii ma być w listopadzie lub grudniu, po czym zacznie się powolny spadek.

Koronawirus: jakie są prognozy ekspertów na przyszły rok?

Zdaniem eksperta obecną fazę epidemii można porównać do rozpędzającego się auta. - Nie tylko jest wysoka prędkość pojazdu, ale i coraz większe przyśpieszenie, coraz mocniej wciska nas w fotel. Tego rozpędzonego samochodu już nie zatrzymamy, ale możemy spowodować, że jego prędkość nie będzie wzrastać dwukrotnie na każdym zakręcie. Wiemy, że za jakiś czas dojdzie do 20 tys. zakażeń dziennie i więcej, ale chodzi o to, żeby ten moment jak najbardziej odciągnąć w czasie - mówi dr Zieliński.

Obserwujemy ciągły wzrost po wakacjach i trudno mieć nadzieję, że to się zmieni. - Kiedy w marcu w Polsce pojawiły się pierwsze przypadki zakażenia koronawirusem, został szybko wprowadzony lockdown. To bardzo spłaszczyło epidemię, nie widzieliśmy tendencji wzrostowej, aż do września. Kiedy skończyły się wakacje i dzieci powróciły do szkół, dopiero tak naprawdę zaczęła się początkowa faza wzrostu epidemii. To, co obserwowaliśmy później, było wykładniczym wzrostem. Najpierw było 500 zakażeń dziennie, potem 1000, jeszcze później 2 tys. Liczby podwajały się średnio co 7 dni. W ostatnim czasie ta tendencja wydłużyła się do 10 dni - tłumaczy dr Zieliński.

Specjalista zwraca uwagę również na to, że dane nie odzwierciedlają rzeczywistości. - Według naszych obliczeń, faktyczna liczba dziennych zakażeń może być nie do oszacowana nawet dziewięciokrotnie. Szacujemy to na podstawie analizy liczby zgonów, osób hospitalizowanych oraz wymagających podłączenia pod respirator. Biorąc to wszystko pod uwagę, obliczenia sugerują, że faktyczna liczba zakażonych to nawet 100 tys. dziennie - opowiada dr Zieliński.

- Do oficjalnych statystyk trafiają niemal wyłącznie tylko osoby, u których wystąpiły objawy, bo tylko takie są testowane. Zdecydowana większość jednak przechodzi zakażenie w sposób bezobjawowy. Te osoby pozostają niezdiagnozowane i nieodseparowane od reszty społeczeństwa, więc mogą spokojnie się poruszać i nieświadomie zakażać innych - tłumaczy ekspert.

To niestety może być prawdziwe piekło. - Światła nagle nie zgasną. Po prostu wyczerpią się wolne miejsca w szpitalach, karetki przestaną na czas zabierać chorych, którzy będą umierać we własnych domach. Najbliższe trzy miesiące to będzie prawdziwe piekło - podkreśla dr Jakub Zieliński.

To, co dobrego się dzieje to wykształcanie się odporności zbiorowej. Koszt tego jest jednak olbrzymi. Brak kontroli nad epidemią już się przyczynił do paraliżu służby zdrowia, a to jest dopiero początek.

Najbliższe  dni mogą okazać się decydujące dla Polski. Albo restrykcje zaczną działać i wtedy ponownie uda się spłaszczyć wzrost epidemii, albo sytuacja wymknie się spod kontroli.

- Do tego może dojść, jeśli rząd w odpowiedniej chwili nie zdecyduje się na wprowadzenie lockdownu, albo po prostu ludzie nie będą przestrzegać restrykcji. Już teraz duża część społeczeństwa jest mocno zmęczona tą sytuacją - mówi dr Zieliński.

Wtedy może dojść do urzeczywistnienia czarnego scenariusza. - Oznacza to, że wykładniczy wzrost epidemii będzie najpierw x 2, potem x 4. W grudniu możemy mieć więcej chorych, niż było od wiosny do listopada razem wziętych. Jednego dnia będzie więcej zgonów niż w lecie przez cały miesiąc. Nagle okaże się, że w ciągu dnia trzeba przyjąć do szpitala tyle osób, ile wcześniej przyjmowano przez miesiąc - opowiada dr Zieliński.

Żaden system opieki zdrowotnej nie wytrzyma takiego obciążenia. - Chorzy zakaźnie niesamowicie obciążają system opieki medycznej, ponieważ potrzebują osobnej sali, w pełni zabezpieczonego personelu, który może pracować w krótszych odstępach czasu niż normalnie - tłumaczy ekspert. - Już przy liczbach 13-16 tys. zakażeń dziennie dotarliśmy do granicy wytrzymałości. W niektórych miejscowościach sytuacja jest bardzo ciężka. Karetki nie zawsze odbierają chorych z DPS-ów, co oznacza, że już niekiedy starych ludzi skazuje się na śmierć - podkreśla.

Może dojść do upadku służby zdrowia 

Zdaniem dr. Zielińskiego, upadek służby zdrowia, nie będzie wyglądał jak spektakularna apokalipsa. - Światła nagle nie zgasną. Po prostu wyczerpią się wolne miejsca w szpitalach, karetki przestaną na czas zabierać chorych, którzy będą umierać we własnych domach. Najbliższe trzy miesiące to będzie prawdziwe piekło - mówi ekspert.

- Poza otwarciem szkół, nic specjalnego nie stało się we wrześniu, ale nagle zaczęły rosnąć statystyki zakażonych. Coraz więcej było zachorowań wśród osób w wieku 30-40 lat, czyli takich, którzy mają dzieci w wieku szkolnym. Sama epidemia przestała rosnąć wokół jakiegoś konkretnego ogniska, tylko zaczęła być rozproszona. To wszystko wskazuje, że za wzrostem zakażeń stoi powrót dzieci do szkół. Najmłodsi przechodzą zakażenie bezobjawowo, więc ich nikt nie testuje. Nie wiemy, jaka jest skala zakażeń - opowiada dr Zieliński.

Potwierdzają to też eksperci z innych krajów, gdzie również otwarcie szkół doprowadziło do przyśpieszenia epidemii koronawirusa. - Są oczywiście wyjątki, ale dotyczy to krajów skandynawskich, gdzie klasy są bardzo małe, a reżim sanitarny - ściśle przestrzegany - podsumowuje ekspert.

Źródło: PAP