Jak się Polak uprze, to maseczki nie będzie nosił. Jednak czy to rozsądne?

28.07.2020
Aktualizacja: 28.07.2020 09:38
Dlaczego nie nosimy maseczek?
fot. Shutterstock

Negujemy istnienie koronawirusa SARS-CoV-2, krzyczymy o wolności i prawie decydowania o sobie, w formie protestu nie zakładamy maseczek. Bo kto nam tego zabroni?! Nikt. Jednak w tej walce stoimy na przegranej pozycji, niestety wielu z nas nie chce tego dostrzec. 

"Zapomniałem, zostawiłem ją w domu", "Nie noszę, bo nie muszę", "Nie ma przepisu, który by mi to nakazywał", "Jestem zdrowy", "Mam astmę" – to zdaniem sprzedawców najczęstsze zdania wypowiadane przez klientów, którzy wchodzą do sklepu bez maseczki, nie zasłaniając – zgodnie z wytycznymi sanepidu – ust i nosa. Niestety nie są to jednostkowe przypadki. Coraz więcej osób rezygnuje z tej formy profilaktyki. Przyczyn jest wiele: niektórzy w ogóle negują istnienie koronawirusa, inni myślą, że są okazami zdrowia i nic złego nie może ich spotkać, jeszcze inni buntują się przed wszystkimi formami ograniczenia ich wolności lub nie chcą zasłaniać twarzy ze względów estetycznych (maseczka dla niektórych to nieestetyczny dodatek).

Na nic apele lekarzy, przestrogi ekspertów, prośby innych osób przebywających w tych samych pomieszczeniach. Jak Polak się uprze, to nie ma na niego siły.

Zdani jesteśmy tylko na siebie

Kilka tygodni temu przebywałam na krótkim urlopie na Sycylii. Tam podejście do obowiązku noszenia maseczek było zgoła inne. Włosi – naród chyba najbardziej dotknięty pandemią koronawirusa w Europie – wzięli sobie do serca zalecenia ich służb sanitarnych i rzeczywiście stosują się do nich. W sklepach, barach, kościołach, muzeach, właściwie we wszystkich zamkniętych pomieszczeniach noszą maseczki, często dezynfekują dłonie i starają się zachowywać dystans, na tyle na ile ich natura południowa na to pozwala. Jednak oni nie negują istnienia koronawirusa. Dlaczego? Bo choć Sycylia jako wyspa została najmniej dotknięta podczas pandemii (stosunkowo mało osób tam zachorowało na COVID-19 i zmarło) to każdy z Sycylijczyków zna kogoś, kto chorował lub zmarł z powodu ciężkiego przebiegu choroby wywołanej przez koronawirusa (to głównie ich rodziny lub znajomi z kontynentalnych Włoch). Ich zdaniem, każdy kto neguje istnienie tego patogenu lub lekceważy zagrożenie z jego strony jest... głupcem. Krótko i dosadnie.

Dlaczego warto nosić maseczki w pomieszczeniach zamkniętych oraz w dużych skupiskach ludzkich. Bo jak dotąd są one jedyną skuteczną formą zapobiegania infekcji wywołanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. Nie mamy ani skutecznych leków, ani skutecznej szczepionki. Zdani jesteśmy sami na siebie. I jeśli sami nie zadbamy o swoje bezpieczeństwo, nikt inny tego nie zrobi.

Koronawirus SARS-CoV-2 to niebezpieczny patogen. Co jakiś czas, pojawiają się w pismach naukowych niepokojące doniesienia, które sugerują, że jest on niezwykle inteligentny (o ile możemy tak powiedzieć o tym wirusie). Wykorzystuje wszystkie nasze słabe punkty (wiek, geny, choroby) czy wieloletnie zaniedbania (uzależnienia, otyłość). Wnika do organizmu i sieje w nim spustoszenie. Jeśli nasz układ odpornościowy jest silny, poradzi sobie z nim (nie wiemy z jakimi konsekwencjami, to wyjdzie z czasem). Jeśli jednak jesteśmy chorzy lub mamy słaby punkt, o którym nie wiemy (np. jakąś mutację w genie), to możemy być pewni, że koronawirus SARS-CoV-2 to wykorzysta. Czy z tego wyjdziemy, zależy głównie od szczęścia.

Po co nam maseczki? Oddajmy głos specjalistom

Koronawirus SARS-CoV-2 przenosi się głównie drogą kropelkową. Jeśli nie chronimy ust i nosa (np. nie zakładamy maseczki), ryzyko zarażenia się w kontakcie z osobą będącą nosicielem tego patogenu wynosi 90 proc. Maseczka zmniejsza to ryzyko do 20 proc. Jeśli dodamy do tego odpowiedni dystans, dwóch metrów, to ryzyko zmniejsza się jeszcze bardziej. Nie wierzysz? Może przekona cię przykład dwóch amerykańskich fryzjerów, którzy byli bezobjawowymi nosicielami koronawirusa i przez tydzień – nie wiedząc o swojej chorobie – ostrzygło 140 klientów. Dzięki temu, że obaj nosili maseczki (ich klienci również) nikogo nie zarazili.

Gdzie warto nosić maseczki? Zdaniem dr. Pawła Grzesiowskiego w głównie w pomieszczeniach oraz w miejscach, gdzie jest wiele osób. – Na ulicy nie ma to zwykle sensu, bo wirus nie przenosi się z wiatrem – dodaje ekspert. Jego zdaniem, zwykłe przyłbice, chusty czy szaliki są o wiele mniej skuteczne niż maseczki bawełniane z kilkoma warstwami tkaniny lub z wkładanym, wymiennym filtrem. Znaczenie skuteczniejsze są maseczki chirurgiczne oraz maski typu FP2 i FP3, dające ochronę rzędu odpowiednio 95 proc. i 99 proc.

– Maseczki chirurgiczne opracowano, aby ochronić operowanego pacjenta przed wydychanym przez chirurga powietrzem, dlatego nie są zbyt skuteczne jako ochrona noszącej je osoby. Takiej maski mogę używać w gabinecie, gdy pacjent siedzi w odległości 2 metrów. Przy zabiegu, takim jak bronchoskopia, potrzebna jest maseczka FP3. Osoby szczególnie narażone na powikłania COVID-19, czyli starsze, z nadciśnieniem, nowotworami czy cukrzycą – także powinny nosić maseczki FP2 czy FP3 – uważa dr Grzesiowski.
Dlaczego ludzie lekceważą zalecenie zakrywania ust i nosa? Zdaniem eksperta, to wina niejednolitej komunikacji. – Najpierw maseczki obśmiewano, potem wprowadzono je w niewłaściwy sposób (na ulicy) i zrównano z szalikiem czy przyłbicą. Komunikacja była na tyle niejednolita, że ludzie zaczęli powątpiewać, czy to ma sens. A teraz, w lipcu, budzimy się, uważając maseczki niemal za dar od Boga – wskazuje. Ekspert zwraca uwagę, że wiele osób nawet nie zetknęło się z chorym na COVID-19, więc ponowne ich przekonanie do noszenia maseczek będzie dużo trudniejsze.

Źródło: PAP