Zamknij

Prof. Dąbrowski o terapii w COVID-19: leczenie respiratorem jak pilotowanie boeniga

13.12.2021
Aktualizacja: 13.12.2021 12:45

To nieprawda, że respiratory same walczą z zagrożeniem, jakim jest koronawirus. Pod respirator nie wystarczy pacjenta podłączyć – potrzebni są specjaliści, którzy umieją „pilotować” te urządzenia. A i tak nie ma gwarancji wyleczenia. O walce z COVID-19 wśród najciężej przechodzących to zakażenie opowiada prof. Wojciech Dąbrowski z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Leczenie respiratorem na oddziale covidowym
fot. Łukasz Solski/East News
  1. Nie dopuścić do ciężkiego przebiegu COVID-19
  2. Leczenie tlenem to nie tylko respirator
  3. Respirator, czyli przedostatnia deska ratunku: to jak pilotowanie boeinga

Respirator ratuje życie, ale nie każdemu pacjentowi – większość, niestety, umiera. Takie są statystyki, lepiej więc nie trafić pod respirator. Skuteczne leczenie respiratorowe w COVID-19 jest bardzo trudne do przeprowadzenia – powiedział PAP prof. Wojciech Dąbrowski, kierownik Katedry I Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. I dodał, że przeciętnemu lekarzowi trudno jest bezpiecznie leczyć z użyciem respiratora, gdyż „nie każdy pilot awionetki, który siądzie za sterami boeinga, wystartuje i wyląduje bezpiecznie”.

Nie dopuścić do ciężkiego przebiegu COVID-19

Prof. Dąbrowski zapytany, co robić, gdy okaże się, że jesteśmy chorzy na COVID-19, ale sytuacja nie wymaga jeszcze pobytu w szpitalu, podkreślił, że przede wszystkim „nie należy udawać, że nie ma problemu, bo nie jest wstydem chorować na covid, ale wstydem jest wyparcie się choroby”. Trzeba zachować zdrowy rozsądek, pójść do lekarza, który zależnie od stanu pacjenta jest w stanie mu pomóc już na najwcześniejszym etapie choroby. Do pewnego momentu COVID-19 można skutecznie leczyć w domu – uważa prof. Dąbrowski. Ale…

– […] Nie można położyć się do łóżka i czekać na rozwój choroby. Należy pamiętać, że rekomendowane przez Krajową Izbę Fizjoterapeutów odpowiednio wykonywane ćwiczenia oddechowe, regularne spożywanie posiłków, regularny sen korzystnie wpływają na przebieg choroby – mówi specjalista. – Warto także podkreślić korzyści wynikające z przyjmowania witaminy D, której auto-produkcja w okresie jesienno-zimowym, a więc największego nasilenia zachorowań, jest znacząco zmniejszona. Tymi czynnikami możemy wyeliminować wiele niekorzystnych efektów związanych z chorobą zasadniczą – wyjaśnia. – Trzeba również zaznaczyć, że predysponowani do ciężkiego przebiegu COVID-19 są m.in. ludzie mający nieregularny tryb życia, źle odżywiający się, zestresowani, bagatelizujący jakiekolwiek objawy – dodaje.

Leczenie tlenem to nie tylko respirator

Co jednak, gdy stan się pogorszy, jakie są możliwości leczenia w szpitalu? Profesor Dąbrowski tłumaczy, że leczenie niewydolności oddechowej trzeba zacząć od stwierdzenia jej przyczyn, a potem dobiera się odpowiednią terapię.

– Terapię można prowadzić za pomocą zwykłych wąsów tlenowych, koncentratora tlenu czy też maseczek tlenowych. Tu muszę zaznaczyć, że jestem ogromnym przeciwnikiem prowadzenia terapii tlenowej przez osoby, które nie mają pojęcia o medycynie. Tlen nie jest gazem obojętnym dla organizmu. To, że się poczujemy przez chwilę lepiej – stosując przykładowo tlen w warunkach domowych z użyciem koncentratora – nie oznacza, że nam to pomoże. Może się okazać, że przeskoczymy przez pewne etapy leczenia i wówczas w przypadkach pogorszenia wydolności oddechowej nie zostanie nam nic innego oprócz respiratora – mówi profesor.

Kolejnym etapem po wąsach tlenowych są tzw. maski z rezerwuarem, które zapewniają dużo większe stężenie tlenu w mieszaninie oddechowej. – Jeżeli taka maska nie jest skuteczna, możemy stosować tzw. wysokoprzepływową terapię tlenem. Ona zapewnia nam nie tylko duże dostarczenie tlenu, ale także zmienia nam ciśnienie w drogach oddechowych. Ułatwia dostarczenie tlenu do pęcherzyków płucnych. Wszystkie te terapie zachowują fizjologiczne ciśnienia w rytmie oddechowych – tłumaczy ekspert z Lublina. – Jeżeli to nie jest skuteczne, mamy możliwość zastosowania nieinwazyjnej terapii w postaci specjalnych masek czy hełmów. Ten rodzaj wentylacji już ingeruje nam w pewien sposób w cykl oddechowy. Jeżeli ona jest mało skuteczna, możemy zastosować respirator – mówi i dodaje: – Respirator jest jedną z najbardziej zaawansowanych form leczenia tlenem. W przypadkach nieskuteczności leczenia pod respiratorem pozostaje tylko pozaustrojowe natlenianie krwi, czyli terapia ECMO.

Respirator, czyli przedostatnia deska ratunku: to jak pilotowanie boeinga

Respirator to niezwykle skomplikowane urządzenie. By wyjaśnić, jak bardzo, prof. Dąbrowski używa porównania. – Można teoretycznie posadzić za sterami boeinga kogoś, kto nigdy nie prowadził samolotu, a tylko awionetkę. Tylko czy, jak już wspomniałem, taki „pilot” wystartuje i wyląduje? Podłączenie pod respirator jest jednym z etapów leczenia chorych na COVID-19. To jedna z najbardziej zaawansowanych metod i wymaga dużej wiedzy oraz doświadczenia – podkreśla specjalista.

Wyjaśnił też, że szybkość podłączenia do respiratora zależy od stanu klinicznego pacjenta oraz że takie leczenie wymaga dużej wiedzy.

– Skuteczne leczenie respiratorowe jest bardzo trudne do przeprowadzenia. Respirator może być bardzo dobrą bronią przeciwko tej chorobie w rękach bardzo doświadczonego i dobrze wyszkolonego lekarza. Zwykły lekarz, który się tym na co dzień nie zajmuje, niewiele wie o sztucznej wentylacji płuc. A co za tym idzie, nie zna wszystkich możliwości leczenia respiratorem. Skutkiem tego może być nieumiejętne użycie respiratora, co nie tylko nie pomoże pacjentowi, lecz także może pogorszyć jego wymianę gazową – podkreślił lekarz.

Zapytany, dlaczego statystycznie 9 na 10 pacjentów podłączonych pod respirator mimo tego umiera, wyjaśnił, że nie ma prostej odpowiedzi, bo respirator jest tylko jednym z elementów leczenia i nawet nowoczesne urządzenie i duże doświadczenie lekarza nie gwarantuje sukcesu w leczeniu. – To nie jest też tak, że jeżeli mamy bardzo dobry respirator i bardzo doświadczonego doktora, który go obsługuje, to mamy pewność, że uratujemy pacjenta – wyjaśnia profesor. Jeśli pacjent ma choroby dodatkowe, np. otyłość, to trudno jest w jego przypadku zastosować choćby układanie na brzuchu (które jest w pewnym momencie bardzo skuteczne), zwłaszcza jeśli na oddziale nie ma dostatecznej liczby personelu. Profesor wyliczył, że do efektywnego leczenia 10 pacjentów potrzeba 9-10 osób (w tej liczbie są lekarze, pielęgniarki, salowe oraz fizjoterapeuta).

Zastrzegł też, że w jego klinice śmiertelność pacjentów waha się w granicach około 35 proc.

loader

Źródło: PAP/Tomasz Więcławski