Zamknij

Każdy może być dawcą lub biorcą. Przeszczep narządów ratuje życie

11.08.2022
Aktualizacja: 11.08.2022 16:10
Przeszczep narządów
fot. Shutterstock

Prawie 1800 osób czeka w Polsce na przeszczep, ale dawców jest niewielu. Dlaczego? Tłumaczy transplantolog prof. dr hab. n. med. Wojciech Lisik.

Obecnie, w chwili, gdy rozmawiamy, w 36-milionowym kraju na 1760 osób czekających na przeszczep jest tylko jeden dawca. Nie zabierajmy narządów do nieba – apeluje prof. dr hab. n. med. Wojciech Lisik, z-ca dyr. ds. transplantologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, i wymienia:

  • 1000 osób czeka na nerkę,
  • 400 osób czeka na serce,
  • 150 osób czeka na wątrobę,
  • reszta czeka na trzustkę czy trzustkę nerkami etc.

– Jest takie powiedzenie: nie zabieraj narządów do Nieba, Niebo wie, że są nam potrzebne tu na Ziemi. Apeluję, żebyśmy o tym pomyśleli. Każdy z nas może być zarówno potencjalnym dawcą, jak i biorcą. Wydaje nam się, że jesteśmy nieśmiertelni, a swoją śmiertelność odczuwamy dopiero wówczas, kiedy zaczynamy chorować. Dajmy innym życie po naszej śmierci – powiedział prof. dr hab. n. med. Wojciech Lisik.

Co jest największym problemem transplantologii w Polsce?

Zdaniem eksperta w Polsce największym problemem jest pozyskiwanie organów od dawców.

– Z jednej strony zwiększa się liczba pacjentów oczekujących na jakiś narząd (...), z drugiej strony na 500 szpitali, które mają potencjał dawstwa, czyli oddziały intensywnej terapii, narządy do przeszczepienia zgłasza tylko połowa – tłumaczy prof. Lisik i dodaje: – I tu się pojawia pytanie, jak zaktywizować pozostałe jednostki? Mówiąc o tym, że musimy zwiększyć liczbę dawców, nie mamy na myśli chodzenia po ulicach i szukania osób, które mógłby zostać dawcą. Staramy się znaleźć sposoby dotarcia do środowiska medycznego i szeroko pojętego społeczeństwa, rozwijać świadomość transplantacyjną i uzmysławiać, że jest to wyjątkowa, ale i doskonała metoda leczenia chorób.

Ekspert tłumaczy, na czym polega problem z transplantacją w Polsce.

– Nie ma komisji, które byłyby odpowiedzialne za zgłaszanie dawców. Bez dobrej woli „intensywistów” i bez dobrej woli rodzin zmarłych żadne komisje nic nie dadzą. Ok, są komisje śmierci mózgu, które oceniają, czy dana osoba żyje, czy nie żyje. Ale trzeba sobie uzmysłowić, że osobie zmarłej może bić serce. Jest dysocjacja pomiędzy zgonem narządów a zgonem mózgu, czyli człowieka, jako osoby. Dlatego wtedy, kiedy mamy do czynienia ze śmiercią mózgu, traktujemy to jako śmierć osobniczą, mimo że serce bije, a nerki i wątroba pracują – tłumaczy prof. Lisik i dodaje: – W Polsce, teoretycznie, można pobrać narząd od każdego, kto nie zgłosił za życia sprzeciwu. Sprzeciw taki zgłasza się do Centralnego Rejestru Sprzeciwów – jest tam dwadzieścia parę tysięcy takich sprzeciwów w tej chwili. Można też nosić przy sobie kartkę ze sprzeciwem podpisaną swoim imieniem i nazwiskiem z treścią „proszę nie pobierać ode mnie narządów po mojej śmierci”. Mało kto to robi, gdyż niewiele osób myśli o tym, że może umrzeć niespodziewanie. Natomiast więcej osób nosi kartkę, że się zgadzają. To tzw. wola chęci bycia dawcą. Ci, którzy nie chcą, mogą też wyrazić swoją wolę w obecności dwóch świadków, którzy powinni zrobić z tego oświadczenie i podpisać się pod tym. Ponieważ tymi świadkami są najczęściej bliscy zmarłego, dlatego lekarze pytają właśnie członków rodziny nie o to, czy oni zgodzą się na pobranie narządów, ale jaka była wola zmarłego przed śmiercią.

Dlaczego lekarza proszę rodziny o zgodę na pobranie narządów?

Podsumowując, w Polsce można pobrać narządy od każdego, kto nie zgłosi sprzeciwu. Nie jest też wymagana zgoda rodziny. To w teorii, ale w praktyce niewielu lekarzy się na to odważy.

– (...) Bo jeśli nie ma zgody rodziny, to osoby, które pobiorą narządy, czy też te, które opiekują się dawcą, mogą być napiętnowane – tłumaczy ekspert i dodaje: – Jeżeli jest to duży ośrodek akademicki w dużym mieście, gdzie pracuje dużo osób zespołu medycznego, to przyjedzie zespół, pobierze organy i wyjedzie – nie będzie problemu. Natomiast w małym szpitalu, gdzie każdy zna tego anestezjologa, który doprowadził do pobrania narządów, wie, gdzie pracuje jego żona, do jakiej szkoły chodzą jego dzieci, to taki lekarz może być piętnowany. Mogą pojawić się głosy typu „ukradli narządy mojemu synowi”. Stąd ta wola rodziny jest traktowana niezwykle poważnie, mimo że ustawodawca dał możliwość pobrania narządów od każdego, kto nie wyraził sprzeciwu za życia.

Zdaniem eksperta w małych ośrodkach negatywna opinia rodzin zmarłych na temat przeszczepiania bywa dosyć częsta. Jego zdaniem żadna komisja nie sprawi, że będzie więcej narządów do przeszczepów, jeśli nie będzie odpowiedniej akcji medialnej propagującej przeszczepianie. Ludzie muszą zrozumieć, że ich narządy mogą komuś uratować życie.

Personel medyczny jest specjalnie szkolony do rozmów z rodzinami dawców (powstały specjalne studia podyplomowe dla ludzi, którzy zajmują się koordynowaniem pobrań). To oni są na pierwszej linii w rozmowie z rodziną i muszą się nauczyć, jak ważne są te rozmowy, jaką delikatnością należy się wykazać.

– Proszę sobie wyobrazić: dziecko doznaje obrażeń w wypadku, trafia do szpitala, żeby je ratować, a po kilkunastu godzinach ktoś przychodzi do matki i mówi, że dziecko zmarło, że lekarze podtrzymują akcję serca, oddycha za nie maszyna, ale mózg jest już martwy. Matka idzie na salę, widzi swoje dziecko, jego ruszającą się klatkę piersiową napędzaną przez respirator, widzi na monitorze, że serce pracuje. Trudno jej uwierzyć, że dziecko nie żyje. Musimy wiedzieć, jak jej powiedzieć o śmierci jej potomka i równocześnie najbardziej delikatnie jak to możliwe powiedzieć, że chcemy pobrać jego narządy, żeby ratować życie innym dzieciom – tłumaczy prof. Lisik.

Dlaczego niektóre szpitale nie zgłaszają dawców?

Są też szpitale, które w ogóle nie zgłaszają narządów do przeszczepów. I tu przyczyn jest kilka.

– Identyfikacja dawcy, opieka nad nim, wykonanie dodatkowych badań, zorganizowanie całej akcji związanej z pobraniem to jest dodatkowa praca – dla lekarza przede wszystkim. Przejście na kontrakty dużej grupy lekarzy, z punktu widzenia osób czekających na narządy, nie jest dobrym rozwiązaniem. Praca kontraktowa oznacza pracę na czas – czas, który jest odpowiednio wynagradzany. Jeżeli komuś kończy się zmiana, to nie będzie myślał o tym, żeby robić komisję śmierci mózgu i zgłaszać potencjalnego dawcę, tylko pobiegnie do następnej pracy – wyjaśnia transplantolog i dodaje: – Ludzi nie da się zmusić do niczego, tutaj trzeba działać w sposób ideologiczny, zachęcając ich do pracy ponad miarę, bez adekwatnego do jej nakładu wynagrodzenia. Nie namówi pani szewca, ani krawcowej, żeby wykonali pani usługę poniżej swoich kosztów. A tego od nas, medyków, się oczekuje. Wyceny usług transplantologicznych nie były waloryzowane od kilkudziesięciu lat, teraz mają się zmienić i może będą wyżej wycenione. Przecież robimy te operacje na normalnym, światowym poziomie, ale wycena jest istotnie niższa niż wszędzie w rozwiniętych krajach.

Ekspert tłumaczy: – Koordynowanie procesu dawstwa trwa godzinami. Taki lekarz, który zajmuje się dawcą, jest wyłączony z leczenia innych osób. No i jeśli jest na kontrakcie, to przez 12 czy 24 godziny pracuje w jednym szpitalu, a potem idzie do kolejnego pracodawcy, albo zaczyna w tym samym miejscu na innym oddziale. Nie ma czasu, żeby siedzieć i zajmować się dawcą. Ja bym chciał, żeby było inaczej, żeby było więcej dawców, więcej nakręconych na transplantologię medyków, ale po ludzku rozumiem, że każdy chce zapewnić odpowiedni byt rodzinie i… czasami odpocząć.

Jak wygląda proces pobierania narządów?

  1. Najpierw trzeba wysunąć podejrzenie śmierci mózgu. Śmierć mózgu wymaga powołania komisji, która wykona odpowiednie badania – trwają one u dorosłych od 6 do 12 godzin, a u dzieci od 24 do 48 (w przypadku noworodków). Tym się zajmuje dwóch lekarzy, którzy muszą stwierdzić, czy dana osoba żyje, czy nie. Jeśli nie żyje, to są dwie możliwości: albo się odłącza respirator i wyłącza monitory, albo zgłasza się zmarłego, jako potencjalnego dawcę do Poltransplantu.
  2. W Poltransplancie sprawdza się Centralny Rejestr Sprzeciwów, tzn. czy nie wpłynął tam sprzeciw tej osoby za jej życia. Jeżeli nie, to koordynator, albo lekarz prowadzący rozmawia z rodziną.
  3. Rodzinę trzeba ściągnąć do szpitala, bo przez telefon nie rozmawia się o takich sprawach. Zanim rodzina przyjedzie, upływa czas, powiedzmy, że dwie-trzy godziny. Potem trzeba przeprowadzić bardzo trudną rozmowę – powiedzieć, że ich bliski nie żyje, że szpital chce go zgłosić jako potencjalnego dawcę, zapytać, jaką miał opinię na temat transplantologii.
  4. Jeśli rozmowa przebiegnie pomyślnie, wówczas w Poltransplancie sprawdza się, czy jest może na pilnej liście do transplantacji osoba do przeszczepienia pasująca do dawcy. Takie osoby mają pierwszeństwo.
  5. Jeśli dawca znajduje się w Łodzi, a biorcy w Szczecinie, Katowicach i Warszawie, to trzeba bardzo dokładnie ustalić logistykę. Trzeba zebrać w jednym miejscu zespoły, które przyjadą w tym samym czasie i pobiorą różne narządy dla różnych osób – płuca, serce, wątrobę, nerki etc., to kolejne 3-4 godziny. Do tego kilka godzin na dojazd. Od rozpoczęcia koordynacji do pobrania czas ten zwykle wynosi ponad 12 godzin.

Źródło: PAP Mira Suchodolska